czwartek, 2 kwietnia 2020

Magia bez magii i szelmowskie uśmiechy; Katherine Rundell, Złodziejaszki




W prozie Gaimana zachwyca mnie zuchwałość i arogancja magii, która nie kryje się po kątach, tylko prezentuje czytelnikowi i naigrywa się z niego, i świata. Kiedy czytam lektury Palacio zachwycam się dobrem, za którym nie stoi oczekiwanie wzajemności.

Książki Katherine Rundell postawiłabym gdzieś pośrodku z ich magią bez magii i buńczuczną dobrocią. Bez zrezygnowania ironii i przeciągnięcia dobroci.To magia księżyca oglądanego nocą z dachów domów, to magia cyrkowego trapezu, wielkich wilczych łap i inteligentnych oczu.  Dostępna dla każdego, a jednak posiadająca niewielu użytkowników.

Tym razem naszą przewodniczką jest Vita, która wyrusza przez ocean, żeby dotrzeć do Nowego Jorku. Okazuje się, że jej ukochany dziadek, który uczył ją celnie rzucać, traci dom- zamek, w wyniku oszustwa. Starszy pan pada ofiarą naciągacza Victora Sorratore. Bardziej niż fizyczna strata, doskwiera mu fakt, że to w zamku przeżył najpiękniejsze chwile ze swoją zmarłą żoną i wartość emocjonalna jest nie do przeszacowania.

Mężczyzna niknie w oczach, a Vita zastanawia się, co może zrobić. Nigdy wcześniej nie widziała dziadka w podobnym stanie i nie może pogodzić się z tym, co się stało. Wie, że musi mu pomóc, bo dziadek potrzebuje czegoś innego niż troska jej i matki, ale wie też, że nie jest to zadanie dla jednej osoby- kulejącej dziewczynki. Potrzebuje pomocy, kompanów z odpowiednimi umiejętnościami, którzy podejmą się ryzyka. Pomoc i przyjaciół odnajduje w cyrku naprzeciwko; Samuel jest akrobatą doskonalącym w sekrecie umiejętności, Arkadij z kolei potrafi oswajać zwierzęta, od koni po ptaki, które latają za nim po mieście. Czwartą osobą, która zamyka tę paradną paczkę jest Silk, włamywaczka, kieszonkowiec. Razem opracowują plan, który pozwoli dziadkowi Vity odzyskać dom i radość życia.

,,- Zamknij oczy – poprosił. I wcisnął mi w dłoń czerwony nożyk. – Należał do mnie, kiedy byłem w twoim wieku – wyjaśnił. – Takich scyzoryków używa się w armii szwajcarskiej. Będzie ci przypominał, że sama jesteś całą armią.
Otworzyłam go, był idealnie nasmarowany, długie ostrze, nożyczki, odłączana pęsetka wciśnięta od góry.
- Używaj go jako narzędzia, nie broni – ciągnął. – Twoją bronią w życiu nie będzie nóż, tylko coś znaczenie potężniejszego i oryginalnego. Ale pęseta ci się przyda. Dobrej pęsety nie można przecenić.
A potem ucałował mnie w czubek głowy i odszedł bez słowa.
Takim człowiekiem był mój dziadek przed śmiercią babci.
Przed Sorrotorem.

Złodziejaszki to trzecia z książek Katherine Rundell którą miałam przyjemność przeczytać. Podobała mi się najmniej z nich, przy czym nadal polecam ją amatorom magii i ludzkiej dobroci, bo jest nie mniej dobra niż pozostałe. Po prostu tamte są mi bliższe tematycznie. Odnajdą się tu serca wrażliwe, zasłaniające się ironią i rwące się do działania.

Schematycznie są podobne; w każdej z nich mamy bohaterkę, która ma do wykonania zadanie albo wyznacza sobie cel, po drodze poznaje wartościowych przyjaciół, którzy jej pomagają. W każdej jest też znaczący dorosły, ubrany w ujmujące dziwactwa, który nie drażni nawet w dzieciństwie, wręcz przeciwnie. Starszego czytelnika przekonuje kulturalną ironią, zdystansowaniem i zrozumieniem. Pomimo tego, że czytelnik szybko orientuje się na czym opiera się schemat, to… nie ma to żadnego znaczenia. Nadal jest równie emocjonująco i zachwycająco. Ten schemat wyrabia satysfakcjonujące poczucie znajomości. Dobrego przyjaciela, która nadal zaskakuje swoimi dziwactwami i zawsze ma nam coś nowego do opowiedzenia.

Bohaterowie Rundell mają w sobie coś z uroku ulicznych obdartusów, którzy z uśmiechem obrobią przechodniowi kieszenie, a on pozdrowi ich z sympatią. To młode niepokorne dusze, które walczą o swoje zacięcie i wytrwale. Chociaż bohaterowie są mali, nie brak im wielkości charakteru. Odbywają podróże, sięgają po rozwiązania i realizują marzenia.

Vita jest cichą dziewczynką, która twardo trzyma się obranego celu. W dzieciństwie dotknięta polio jedną nogę ma zdeformowaną i osłabioną, ale nigdy nie skarży się na ból. Stara się dotrzymać kroku przyjaciołom bez specjalnego traktowania. Jej ułomność przełożyła się na niezłomność charakteru i mocny spokój sytuacji. Ze swoimi obszernymi spódnicami, czerwonymi butami i zdolnością precyzyjnego rzucania szybko wpasowuje się w cyrkowe otoczenie przyjaciół. Andrij zdaje się przyciągać wszystkie zwierzęta, empatyzuje z nimi, poświęca im uwagę i rozumie je w lot. Za to jeżeli chodzi o maniery i konwenanse, ten śmiały Rosjanin wykazuje się czarującym lekceważeniem. Samuel szkoli się w sekrecie- jako czarnoskóry nie cieszy się uprzywilejowaną pozycją w społeczeństwie, na którą musi ciężko pracować, a ponad to, rodzina liczy, że przejmie cyrkowy fach wuja i zajmie się końmi. Tymczasem chłopak chce latać. Opanowany i gibki najszczęśliwszy czuje się na wysokości. Przyciąga wzrok podobnie jak Silk, z jej blond warkoczem do pasa i przykrótkimi spódnicami. Pozbawiona ciepła domowego ogniska nauczyła się czarować; opróżniać kieszenie, ogołacać nadgarstki i otwierać domy. Ślizgała się pomiędzy ludźmi jak jedwab.

Ci młodzi ludzie walczyli nie tylko o przeszłość dziadka Vity, bez której nie widział swojej przyszłości. Walczyli też o siebie, o swoje pasje i możliwość wyrażania siebie. O odcięcie od tradycji i rodzinnie narzuconych zobowiązań. O rozwój jednostki bez wnyków społeczeństwa. Widzę tę czwórkę z zawadiacko przekrzywionymi czapkami i kapeluszami, z rękami w kieszeniach i wesołym gwizdem, kiedy znikają za zakrętem.  Po utarczkach z człowiekiem powiązanym z mafią, po sutych balach, kobietach obwieszonych perłami i prohibicją w tle, cyrk wydaje się odpowiedni. Cyrk wykorzystujący pasję, grający uczuciami, wyrażający przyjaźń i nieskrępowaną radość twórców. Performance, który czaruje wykonaniem i  zaprasza pasją.

Czytając o tej paradnej trupie, widzi się zalążki ich przyszłych lat. Szelmowskie uśmiechy, niedbale rozchylone poły marynarki. Szerokie spódnice, roziskrzone oczy i pewne nadgarstki. Pierwsze romanse, wyrosłe z przyjaźni. Pewność siebie i budowanie swojego miejsca: cyrku, domu, więzi. Te migawki wyłowione spomiędzy wersów uzupełniają lekturę i zbliżają do postaci, których losów nie poznamy, ale wiemy, w jakim kierunku się potoczą, bo nam go pokazały.

,,Samuel nie urodził się po to, by stać. Wylądował na parapecie i wystrzelił w powietrze. Nagle chwycił maszt sterczący ze ściany Carnegie Hall, zawirował wokół niego niczym olimpijski gimnastyk, dwa, trzy razy. Na sekundę zamarł, celując stopami w niebo a potem znów puścił, przekręcił się w powietrzu, skrzyżował ręce na piersi i wylądował na dachu zaparkowanego samochodu. Zsunął się na chodnik. I zasalutował.(…)
Po policzkach Kawadzy spłynęła łza.
- On fruwa – rzekł. – Chłopak fruwa. ‘’

Obok mojej słabości do motywów cyrkowych, do kolorowej otoczki, niebezpieczeństwa przyzwyczajania i załamania rzeczywistości, mam słabość do małych-wielkich postaci pani Rundell. Poruszających się w półcieniu dobra i zła, krokiem prężnie radosnym, z podnietą na widok kolejnej przygody i twardym uporem. Mam nadzieję, że to nie ostatnie spotkanie przyjaciół. Mnie i prozy autorki. Póki co chylę przed nią czapkę.

Katherine Rundell, Złodziejaszki
Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa: 2020

wtorek, 24 marca 2020

O ludziach bez ciał, zabijanych dla ciała, Filip Skrońc, Nie róbcie mu krzywdy




Mam pytać o to, co czuje się, gdy po raz ostatni trzyma się swoje dziecko w rękach? Dociskać, prosić o szczegóły, dojść do granicy? Mam to wszystko robić dla kilku mocnych zdań? Ludzie naprawdę chcą czytać o głębokim cierpieniu? Reporterzy robią to po to, by potem mówić o trudach swojej pracy, czy naprawdę wierzą w zasadę prawda ponad wszystko? Ponad cierpienie rozmówcy także?

Pewien typ reportaży stawia w centrum człowieka, w dwojaki sposób. Poprzez pośrednie wypływy, jak polityka, kultura, religia oraz bezpośrednio przez naruszenie integralności granic psychofizycznych. Oczywiście, sytuacja ekonomiczna, położenie geograficzne i aktualna władza- wszystko to w dalekosiężnej perspektywie wpływa na jakość i standard życia jednostki, wyznacza zakres jej praw i manipuluje aktywnością. Bezpośredniość wypływa jednak z człowieka, jest niezbywalną jego częścią, która wywołuje reakcje otoczenia i formuje jego rzeczywistość, jak niepełnosprawność ruchowa, intelektualna czy płeć. Albo albinizm.

W niektórych częściach Konga albinosi nazywani byli czarnymi zjadaczami manioku, w Mali czerwonymi ludźmi, a w Malawi określano ich pojęciem ,,napweri’’, które odnosiło się do brązowawego odcienia grochu. W wielu miejscach Afryki osoby z albinizmem nazywa się duchem, diabłem w ludzkiej skórze, fałszywym białym człowiekiem, białą małpą, białą kaczką czy białą kurą. W samej Tanzanii do dziś popularne jest określenie ,,mbilimelo’’, oznaczające w języku sukuma ,,białą kozę’’. Wraz z początkiem morderstw język dostosowywał się do rzeczywistości. Pojawiły się wtedy nie tylko nowe przesądy, lecz także nowe terminy określające osoby z albinizmem(…) ,,Zeru’’. Duch, czyli nikt, niepotrzebny. Tak naprawdę nieistniejący. Duch, czyli nie do końca człowiek. A co, jeśli obdarzony jakąś złą mocą? Lepiej zabić. Nie, nie człowieka. Ducha! Zabijając ducha, nie zabijasz przecież człowieka.

Filip Skrońc poświęcił pięć lat, żeby zająć się nie tyle co statystyką, zatrważającą, a niepełną i systematycznie uzupełnianą, ale żeby zobaczyć, porozmawiać i przetłumaczyć ile to, co widzimy w telewizji, ma wspólnego z zastaną sytuacją. Albinizm kojarzymy głównie z szokującymi prasówkami, z których dowiadujemy się o brutalnych morderstwach; rozczłonkowanych ciałach wykorzystywanych w rytuałach magicznych, przynoszących szczęście, zapewniających powodzenie.
Zamiast trafić do kraju bezwzględnie wyrachowanego i bezsensownie brutalnego, rozgląda się po kraju zdesperowanie biednym, żyjącym nadzieją wzbogacenia się i zacofanym. Osoby dotknięte albinizmem często nie przejmują się strachem przed wyjściem z domu i okaleczeniem, ale kolejnym głodnym dniem. Ubóstwo i głód, brak podstawowej opieki zdrowotnej i elementarnej wiedzy jest tak samo szkodliwy jak zabobonna wiara, jeżeli nie bardziej.

Osoby z albinizmem mają utrudniony dostęp do placówek edukacyjnych, co bardzo ogranicza albo w ogóle zamyka im wejście na rynek pracy, przez co żyją w skrajnym ubóstwie. Nie obawiają się tego, że ktoś przyjdzie do ich domu i pozbawi ich kończyny, co się zdarza, ale kolejnego postnego dnia. Skupiają się na najniżej stojących w hierarchii Maslov’a potrzebach. Podstawach. Na zadbaniu o swój komfort i potrzeby fizyczne. Potem na potrzebie bezpieczeństwa. Dopiero później na samorealizacji i potrzebach emocjonalnych oraz fazach normatywnych dla społeczeństwa. Nierzadko w ogóle nie zbliżają się do wierzchołka piramidy i zostają przy jej podstawie.

Pierwsza kartka: ,,Jedyną ochroną przeciwsłoneczną był jakiś łój, który dziadek nałożył mi na twarz.  Miałam wtedy trzynaście lat, nigdy potem nie stosowałam kemów i nie byłam u lekarza’’.
Kolejna kartka: ,,Mam szesnaście lat. Nigdy nie stosowałam żadnej ochrony.’’
Dwa lata. Krem z filtrem i okulary otrzymane od TAS.


Problemem jest brak opieki zdrowotnej oraz środków poprawiających jakość życia i umożliwiających funkcjonowanie na zadowalającym poziomie. Brakuje środków ochrony przed słońcem takich jak balsamy, nakrycia głowy czy okulary przeciwsłoneczne. Osoby z albinizmem nie wiedzą, że ich skóra wymaga szczególnej ochrony i zabiegów pielęgnacyjnych. Zamiast tego spędzają długie godziny  na polu w prażącym słońcu.

Ci ludzie nie mają niczego i są w stanie uwierzyć we wszystko(…)Kiedy są chorzy, nie mogą szukać pomocy w szpitalu, bo nie stać ich nawet na bilet autobusowy. Leczą się na miejscu, po porady chodzą w ostatniej chwili. Widok zdesperowanych klientów to szansa na szybki zysk. Jeśli jesteś czarownikiem, istnieją możliwości, byś stał się naturalnym uzdrowicielem. Jeśli jesteś naturalnym uzdrowicielem, zawsze możesz zostać czarownikiem(…)Oni sami przecież nierzadko żyją w skrajnej biedzie i są gotowi zrobić wiele, by odmienić swój los.

Prześladowania osób z albinizmem obecnie weszły w nową fazę. Nazwijmy ją  fazą neoalbinizmu, który stał się źródłem zysku,  często jedyną dostępną intratną opcją. Jedni faktycznie wierzą, że ,,biali ludzie’’ przynoszą pecha i należy się ich unikać. Przekonanie o słuszności pozbywania się noworodków, wciąż nie zostało skutecznie wykorzenione. Z drugiej strony pojawiają się osoby, które wierzą, że palce albo kości osoby z albinizmem zapewnią im pomyślność. Politycy, którzy w próbie socjalizacji kraju potknęli się w swoich staraniach, po godzinach idą do czarownika, żeby amulet zawierający fragment ciała zapewnił im sukces w wyborach. Zabobon i bieda prowadzą do wspólnego pastwiska tragedii. Pomimo odmiennych dróg, środki zaradcze mogą być zbieżne.

Operowanie na poziomie podstawowych i najbardziej naglących potrzeb; edukacja w tym rozpowszechnianie wiedzy czym jest albinizm. Udostepnienie środków ochrony skóry oraz programy edukujące w obszarze dermatologicznym. Uwzględnienie wielowiekowych tradycji oraz wypracowanie nowych rozwiązań, w tym równe traktowanie i skupienie się na prowodyrach i przyczynach, a nie izolacja ofiar w ramach ochrony. Wychodząc z ośrodków, które są azylami dla dzieci z albinizmem, ich wychowankowie często nie wiedzą jak się nazywają, gdzie mieszkają. Są pozbawieni kontaktu z rodziną, nie mieli dostępu do edukacji i są nieprzygotowani do pracy.

Dehumanizacja w ramach ochrony. Dehumanizacja językowa. Dehumanizacja znosząca ze sprawcy odpowiedzialność. Dehumanizacja, która sprzedaje się medialnie. Filip Skrońc, przeciwnie, traktuje osoby z albinizmem tak jak powinny być traktowane-  jak ludzi i przedstawia nam historię z różnych perspektyw. Nie naciska w pogoni za sensacją, bo nie o sensację się rozchodzi, tylko o tragedię, która pokryła ludzie życia. Wyczucie z jakim to robi i prowadzi czytelnika pomiędzy historią, z której wyrastają wierzenia magiczne a aktualną sytuacją polityczną i ekonomiczną, zrodziło we mnie wdzięczność wobec autora.

Pojawiają się głosy, że ta historyczno- teraźniejsza przeplatanka jest męcząca i wybija czytelnika z treści. Ale tutaj nie ma autonomii przeszłości i indywidualności przyszłości z pauzą teraźniejszości. Tak samo jak nie da się odseparować magii od socjalizmu. Myślenia magicznego od postępowego, bo teraźniejszość nie wymazuje dziedzictwa przeszłości. Dzieje się tu i teraz i można ją kształtować i podjąć się przekłucia, ale nie z czystego bloku, tylko bryły określonego kształtu. Ta przeplatanka pokazuje strukturę zjawiska, jakim jest prześladowanie osób z albinizmem i jest wyrazem potrzeby pracy systemowej.

Niewymuszanie drastycznych obrazów, przyjacielskie, pełne zrozumienie przemilczenia i obserwacja uczestnicząca, która prowadzi do relacji, ale nie rezygnuje z obiektywizmu. Pełna otwartości interdyscyplinarność, opowiadanie o ludzkiej tragedii, a nie budowanie napompowanej sensacji na jednostkowym nieszczęściu. Dzięki takiej narracji i podobnemu dziennikarstwu temat się ukorzenia, a nie ustępuje kolejnej sensacji- ludzkiej tragedii.  Aktywizuje, a nie szokuje i prowadzi do wycofania.

Podobnie jak w Missouli wyraźnie zaznaczone są obszary mocno dysfunkcyjne, próby nieudane, ale niepozbawione strukturalnej logiki. I przypadki które są wstępem i wystawowym początkiem, że można inaczej.  Jak pisał Vonnegut:
Nie ma powodu, dla którego zło miałoby triumfować częściej niż dobro. Triumf to kwestia organizacji.

Filip Skrońc, Nie róbcie mu krzywdy
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec: 2020

niedziela, 22 marca 2020

Śmieszna pewność; W sieci zła, Wendy James




Do nadużywania mediów społecznościowych nie potrzebny jest przymusowy pobyt w domu. Kilka wiadomości wysłanych do koleżanki, kiedy jesteśmy na randce, przeglądanie grupek i memów, kiedy wzajemna obecność spowszednieje. Aplikacje, które odciągają nas od pracy. Instagram, Facebook i Twitter, które angażują nas w wirtualne życie, ale oddalają od rzeczywistego. Zimne jedzenie, stygnące przy próbie uchwycenia kadru, ubrania na siłownię, które nadają się do zdjęć, restauracje, spacery. Dzielimy się wieloma szczegółami naszego życia i kreujemy obraz mniej lub bardziej zbieżny z oryginałem. Ale musimy mieć świadomość, że publikując, jesteśmy wystawieni na odpowiedź i informację zwrotną, niedopasowaną od naszych intencji i potrzeb.

Stan epidemii jeszcze szerzej otworzył internetowe wrota. Niektóre dzieci układają puzzle, grają w planszówki, gotują z rodzicami. Wiele z nich jednak siada przy grze, na którą rodzice przyzwalają, chcąc mieć (dłuższą) chwilę dla siebie albo z przyzwyczajenia. Dzieci grają w gry angażujące znaczną liczbę graczy, pozostających w kontakcie. Korzystają ze stron internetowych, for i aplikacji bez nadzoru. Coraz szybciej uczą się korzystać ze Snapchata i Messengera, który początkowo miał być łącznikiem i miejscem meldunkowym.

W sieci zła stawia pytania: Jak dobrze znasz swoje dziecko? Czy wzrastanie tej małej osóbki faktycznie jest oczywiste i odkryte?

Beth wiedzie z pozoru idealne, ułożone życie. Ma męża, dwie córki, Charlotte i Lucy oraz prowadzi bloga, na którym dzieli się z czytelnikami codziennymi perypetiami pod pseudonimem Lizzy. Jest to nie tylko relaks i forma rozrywki, ale też próba podtrzymania warsztatu. Bo chociaż Beth zrezygnowała z dziennikarskiej pracy, żeby w całości poświęcić się wychowaniu córek i prowadzeniu domu, to jednak nie wyklucza powrotu do pracy. Ma wierne czytelniczki i stałą liczbę odsłon.  Starannie wypracowany porządek burzy się w momencie, kiedy na Charlotte pada podejrzenie i zarzut o nękanie szkolnej koleżanki. Nie jest to coś, co  można zbagatelizować i puścić jako niewinny dziecięcy wybryk. Zwłaszcza, że mnożą się oskarżenia i wersje wydarzeń, których Beth nie potrafi pogodzić. A córka nie chce przyznać się do winy.

Czytając podobne lektury, łatwo o mądrość i znawstwo. Ja bym nie zrobił, ja bym zauważyła, przecież to wszystko było wiadome od początku. Z boku i za wyjaśnieniem, wszystko faktycznie wydaje się klarowne i oczywiste. Od środka już niekoniecznie. Bo który rodzic przyzna się do błędów wychowawczych, który powie głośno, że to jego dziecko zawiniło i kategorycznie należy je ukarać, który zgodzi się z tym, że jego dziecko coś toczy? Tym co pozwala na zachowanie równowagi w osądzie i zdystansowanie się, jest szeroka perspektywa: sprawcy, ofiary oraz ich rodzin.

Wyobraźmy sobie podobną sytuację: jesteśmy matką dwóch ślicznych, bo które dzieci nie są śliczne, zwłaszcza córki, dziewczynek, zapisujemy je na paletę zajęć pozalekcyjnych, w które się angażują i osiągają świetne wyniki. Jedna z nich jest popularna, ambitna, lubi rywalizować i osiąga świetne wyniki. Przy tym jest lubiana i popularna w każdym środowisku i łatwo się adaptuje. Druga jest wycofana i cicha, zawiera znajomości ze środka drabiny społecznej, ze skłonnością do podążania w dół. Jest bardziej wrażliwa i empatyczna od swojej siostry, bardziej zaangażowana w życie rodziny.  Od maleńkości śledzimy zachowania swoich córek, czytamy im książeczki rozwijające moralność , uczymy z mężem podejmować decyzje podyktowane dobrocią i życzliwością. I nagle dowiadujemy się, że jedna z nich jest oskarżona o rzeczy, które doprowadziły do tragedii. O zachowania, których nie obserwowałyśmy wcześniej. A może one już były, tylko nie chciałyśmy ich widzieć.

Wyobraźmy sobie, że doczekałyśmy się drugiego dziecka po długich staraniach. Wymarzonego chłopczyka, którego teraz chcemy pieścić i w pełni oddać się macierzyństwu. Możemy sobie na to pozwolić, bo starsza siostra jest cicha i spokojna. To niezwykle utalentowana dziewczynka, która dodatkowo, zdaje się, czerpie przyjemność z trenowania i lekcji, zapisuje się sama na dodatkowe ćwiczenia. Co z tego, że tu czy tam ma za dużo o kilka kilo, wygląd nie jest najważniejszy, zawsze tak twierdziłyśmy, ma ich pełną akceptację. W szkole też radzi sobie dobrze i ma koleżanki. Idealne, ciche, utalentowane dziecko.

Te dwie rodziny będą musiały zmierzyć się z konfliktem, który wywiąże się na tle początkowej przyjaźni. Zmierzyć się z cyberprzemocą, krzywdą psychiczną i egoizmem. Narracja od strony rodziców należy do dwóch matek, które zrezygnowały z kariery, żeby jak najlepiej zająć się dziećmi. Teraz muszą wyjść poza bańkę dumy i przyjrzeć się swoim dzieciom krytycznym okiem. Oraz sobie. Zaistniała sytuacja rodzi pytanie, na ile tak naprawdę są świadome tego, jakimi osobami są ich dzieci i jak zachowują się poza domem? Czy w zadufaniu i fałszywym poczuciu kontroli uwierzyły, że znają swoje dzieci całkowicie? Że wystarczy ich relacja o dniu spędzonym w szkole i dane słowo, żeby miały pełen obraz tych małych osóbek?

Wypływa tutaj bolesna kwestia nieświadomości i wątpliwości pod swoim adresem. Bo przecież to rodzic odpowiada za dziecko, wpływa na jego decyzje i kształtuje wybory. W związku z czym, kiedy dziecko okazuje się złe, to znaczy, że to zło zostało przejęte od rodzica. Wszystkie pozalekcyjne zajęcia, poświęcony czas i uważność w nauce tego co dobre a co złe, okazują się daremne. W obliczu nowych faktów Beth zadaje sobie wiele pytań. Czy nawaliła jako rodzic? Czy w którymś momencie postąpiła źle, a może była za mało uważna? W końcu o to, czy te wszystkie wysiłki w ogóle mają sens. Może dzieci stają się tym, kim mają się stać niezależnie od woli i starań rodziców. Co z tego, że chcemy mieć baletnicę w rodzinie, kiedy córka postanowi zostać policjantką? I te najdłużej unikane, które wzbudza gorący sprzeciw a potem paraliżuje. Czy dzieci mogą być złe? Czy moje dziecko może być złe? Złe od środka, od podszewki. Jako człowiek.

,,Beth nigdy nie uważała, że ma idealne dzieci. Która matka tak uważa? Ale sądziła, że były ponadprzeciętne. Wyjątkowe. A teraz musi to wszystko zakwestionować. Ponieważ jeśli czyny Charlotte budzą wątpliwości, jaką rolę Beth odegrała w ukształtowaniu tych czynów? Oboje są dobrymi rodzicami, ona i Dan, przecież wie, że są. Oboje zaangażowali mnóstwo energii nie tylko w to, żeby dziewczynkom było dobrze, ale żeby stały się dobre. Oboje wytrwale pracowali nad tym, żeby dziewczynki zrozumiały, że bycie dobrym to coś znacznie więcej niż lista tego, czego ,,nie’’ należy robić- nie kłamać, nie oszukiwać, nie kraść, nie zabijać- ale że chodzi także o to, by czynić dobro, być miłym, rozumieć, że to, co robią, ma wpływ na innych ludzi. A teraz musi wszystko przemyśleć. Ponieważ jeśli dobre dzieci stanowią potwierdzenie dobrego rodzicielstwa, to co z tymi złymi dziećmi?’’


Dzieci nie są prostą sumą naszych, nawet najcięższych, wysiłków i najlepszych chęci. To jakiś procent. Reszta to człowiek, który powiem nam tyle, ile będzie gotów i ile zechce. Człowiek kształtujący się i zmieniający, który po zdjęciu ochronnej macierzyńskiej nakładki okazuje się mieć cechy złe. Kieruje się egoistycznymi pobudkami, racjonalizuje i nie zawsze jest pełen empatii. Myli się i szuka. Co więcej, nie zawsze upatruje winę w sobie i chce się zmienić. Manipulacja nieodmiennie konfunduje i oburza, kiedy już uda się ją dostrzec. W małych rączkach paraliżuje.

Cyberprzemoc. Hejt. Przemoc słowna. Otacza nas to, nawet jeżeli nie jesteśmy tego świadomi. Czasami jednak wystarczy pogrzebać, nawet nie głęboko, żeby znaleźć rzeczy, na które nie chcemy patrzeć, więc musimy reagować. ,,W sieci zła’’ nie jest próbą rozgrzeszenia rodziców ani dzieci, które dopuszczają się cyberprzemocy. Bardziej skupia się na pokazaniu, że za każdym monitorem siedzi człowiek. Ofiara. Sprawca. Ich bliscy. Każdy przeżywa to co się dzieje na swój sposób, każdy ma za plecami inne osoby, które kładą mu ręce na ramionach i działają. Nie znaczy to jednak, że wiedzą wszystko. Cofnijmy się na moment do czasów dzieciństwa, lat nastoletnich i wróćmy do mocno osadzonej teraźniejszości. I wyśmiejmy osoby przekonane o tym, że w którymś momencie wiedziały o nas wszystko. Bo zawsze kawałek się chowa. Mniejszy albo większy, ale się chowa.

Wyraźnie wskazane jest, że dziecko nie jest przedłużeniem rodzica a rodzin nie jest odpowiedzialny za każdy czyn swojego dziecka. Granice są płynne. I te cyber i te międzyludzkie. Książka stawia wiele pytań, na niektóre z nich odpowiada, ale nie w sposób sztywny, bo wiele zależy od kontekstu i sytuacji. Czytelnik też musi spróbować odpowiedzieć w ten pozbawiony sztywności sposób.


W sieci zła, Wendy James,
Przełożyła Dorota Pomadowska,
Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa: 2020