środa, 20 marca 2019

Terra insecta. Planeta owadów, Anne Sverdrup-Thygeson



Cała książka o robakach? Zanim wzdrygniecie się z obrzydzeniem, zastanówcie się, ile tak naprawdę wiecie o tych niewielkich mieszkańcach Ziemi, którzy po wielokroć przewyższają nas liczebnością. Motyle są ładne, każdy to przyzna, korniki jedzą drewno, pszczoły zapylają kwiaty i to dzięki nim możemy umilać sobie życiem miodem. Prawdopodobnie wymienicie jeszcze kilka owadów, w mniejszym albo(głównie) większym stopniu uprzykrzających życie. Ale czy potraficie wymienić więcej pozytywów niż te, które wykuliście na przyrodzie? Czy zastanawialiście się, co by się stało, gdyby pewnych gatunków zabrakło? Jakie konotacje miałoby to dla ekosystemu? Czego możemy się od owadów nauczyć? Co dla nich zrobić?

,,Na każdego człowieka żyjącego dziś na Ziemi, przypada ponad 200 milionów owadów.’’

Autorka podzieliła książkę na dwie główne części, w których zawierają się bardziej szczegółowe kwestie. Pierwsza część traktuje o owadach jako takich, o ich budowie, funkcjach narządów, zwyczajach seksualnych, koegzystencji z innymi gatunkami. Następna skupia się z kolei na relacjach z jednym szczególnym gatunkiem; z człowiekiem. Pokazuje, że nasze światy przenikają się i że właściwie jest to jeden, wspólny świat. I tak dowiadujemy się, jak owady zaopatrują nas w żywność, sprzątają w naturze, dają nam to, czego potrzebujemy. Podsuwa nam również dziedziny, w których możemy czerpać, inspirując się owadami. Aż w końcu, wskazuje palcem na nas i mówi, co możemy zrobić dla tych małych istot,  które tyle robią dla nas.

Po książki popularnonaukowe, zahaczające o ogólną tematykę dotyczącą zwierząt, sięgam zwykle bez wahania i z dużym zainteresowaniem. Obawiałam się jednak, że temat owadów, które wywołują we mnie paniczną wizję tym, że wplączą mi się we włosy, będzie dla mnie zbyt nużący, że niewiele wyciągnę z lektury. Tymczasem autorka nie tylko poszerzyła moją wiedzę, ale też rozłożyła mnie na łopatki swoim humorem i ograniem tematu, który w innych, mniej zręcznych rękach, mógłby zniechęcić i rozminąć się z efektem. Anne Sverdrup – Thygeson przez całą książkę, ilustruje fakty takimi przykładami, które osiągają cel dzięki swojemu absurdowi albo humorowi. Ciężko o nich zapomnieć. Liczne wtręty kulturowe i dystans autorki stworzyły coś ponad tekst naukowy, stworzyły tekst przede wszystkim przyjemny. Od samego początku duże wrażenie robi jej erudycja – braki w takich naukowcach są najdotkliwsze. Ludzie którzy przeprowadzają wartościowe badania, a potem potrafią wyjść z nimi do ludzi i coś z nimi zrobić, to rzadki okaz który należy eksponować. Tutaj empiria spotyka się z pragmatyzmem.

,,Chrząszcz ciemnik czarny, mający na brzuchu czujnik ciepła – składa jaja w żarze pozostałym po pożarze lasu – jest badany przez armię amerykańską i inne z myślą o opracowaniu lepszych czujników termicznych.’’

Układ książki również jest ustrukturalizowany i przejrzysty. Dziewięć rozdziałów tworzy spójną całość, jednak dosyć oszczędną objętościowo, dzięki czemu osoba nieobyta w temacie ma szansę zapoznać się z informacjami wykraczającymi poza podstawowe, podziwić  się nad śmiesznymi w naszym odczuciu adaptacjami(dzięki czemu na długo je zapamięta) oraz zastanowić się nad tym, ile miejsca na świecie zajmują owady i w jak wielu aspektach je wykorzystujemy. Każdy rozdział podzielony jest na kolejne podrozdziały, dzięki czemu można rozłożyć lekturę na części i nie mieć wrażenia, że cały czas przebijamy się przez kokon informacji. Pierwszy raz spotkałam się z numerami po wewnętrznej stronie strony. W moim odczuciu skondensowało to dodatkowo tekst. W połączeniu z ilustracjami i czarną stroną przed nowym rozdziałem, całość prezentuje elegancką prostotę, w której nikt się nie pogubi.

Tak samo jak w tekście. Nawet ci z was, którzy wołają swoich partnerów na pomoc, kiedy mrówka wejdzie do mieszkania, nie będą mogli zaprzeczyć niewątpliwej roli owadów w ekosystemie i życiu ludzkim. Wszyscy wiemy, że pszczoły dają miód. Ale bez miodu da się żyć, powiecie. Pewnie, że tak. Ale bez żuków, które wykorzystują krowie placki już niekoniecznie. Bez nich utonęlibyśmy po kostki, dosłownie, a nasza ,,woda’’ miałaby kolor brązowy. Karaluchy mogą stać się strażakami przyszłości; nawigatorami w płonących, zawalających się budynkach. W końcu są owady, które mogą zapanować nad ,,bałaganem’’, który narobiliśmy, bo rozsmakowały się w plastiku.

Zapleczy wieczy autorki niewątpliwie jest zagracone, ale uporządkowane. Obszerna bibliografia jest tutaj dodatkiem, odnoszę wrażenie, że wiedza, którą dysponuje broni się sama. Zarzutem stawianym podobnym pozycjom jest to, że są ograniczone lokalnie. Owszem, autorka odnosi się głównie do Norwegii, z racji tego, że tam mieszka, pracuje oraz z tym obszarem związana jest jej działalność naukowa i praca badawcza. W książce nie braknie jednak opisu owadów z całego świata oraz szerszego spojrzenia na sprawę. Autorka z pewnością nie jest krótkowzroczna, a jej przemyślenia ograniczone miejscem zamieszkania.

Być może po lekturze nie zakiełkuje w was nagła miłość do stworzeń, które mają więcej nóg niż wasz pies, ale zakiełkuje coś równie ważnego. Autorce na pewno uda się wzbudzić w was szacunek wobec niewielkich sąsiadów. Będziecie pod wrażeniem, jakie przystosowania wykształciły owady. Nic dziwnego, w końcu pojawiły się na Ziemi setki milionów lat przed nami. Sverdrup- Thygeson weźmie was pod rękę i równym, spacerowym krokiem oprowadzi po tym niezwykłym świecie i wskaże, kiedy patrzeć w górę, a kiedy pod nogi. 

Za egzemplarz dziękuję 






niedziela, 17 marca 2019

Martwe dziewczyny, Graeme Cameron






Czytam niewiele kryminałów i właściwie nie wiem dlaczego, bo to jeden z bardziej lubianych przeze mnie gatunków. Kiedy jednak jakiś tytuł trafi już w moje ręce, przepadam. Nieistotne dla mnie jest to, czy uda mi się wytypować mordercę; raz się udaje, raz nie. Większą uwagę zwracam na to, czy całość jest spójna, na atmosferę oraz kreację strony technicznej.

,,Kość to kość, właściwie trudno ją z czymś pomylić. ‘’

Główna bohaterka, Alisha Green zostaje poważnie ranna podczas policyjnej obławy na seryjnego mordercę. Po dwóch miesiącach wraca do pracy, ale wciąż nie w pełni sił fizycznych. Jest zdeterminowana, żeby odnaleźć swojego oprawcę, który odpowiedzialny jest za śmierć wielu kobiet. Śledztwa nie ułatwia jednak fakt, że Ali nadal ma kłopoty z pamięcią. Zdarza się, że nie jest pewna co wydarzyło się naprawdę, a co wyłącznie w jej głowie. Wydaje się, że nie ma szans w konfrontacji z mordercą, który umiejętnie zaciera ślady i najpewniej cały czas poluje. Ali jest jednak zdeterminowana, żeby pomścić śmierć bestialsko zamordowanych kobiet i ocalić chociaż jedno życie.

Na początku kompletnie pogubiłam się w śledztwie. Kto, kogo i dlaczego. Narracja skakała, a ja nie bardzo wiedziałam, gdzie zogniskować wzrok. Trwało to dłuższą chwilę, a w miarę jak  obraz powoli się klarował, okazał się bardzo prozaiczny; seryjny morderca, który porywa kolejne kobiety. Najbardziej zawiodło mnie to, że okazał się całkiem zwyczajny jak na tego złego. Jego postać nie została odpowiednio umotywowana ani charakterystycznie podkręcona i te kilka faktów, które wychodzi na jaw w ciągu powieści układa się w mizerny obraz.

Z resztą bohaterów sprawa nie przedstawiała się dużo lepiej. Główna bohaterka Ali ze względu na to, że sprawca zaatakował również ją, podchodzi do sprawy bardzo emocjonalnie i osobiście. Odrobinę za bardzo, biorąc pod uwagę fakt, że to na niej ogniskuje się akcja. Po ataku ma problemy z pamięcią oraz czasami z kontrolą gwałtownych emocji. Nie jest też w optymalnej kondycji fizycznej, a mimo to upiera się, żeby wrócić do śledztwa. Niewiele o niej wiadomo oprócz tego, że jest lesbijką i umiarkowanie miłą osobą. Zaryzykowałabym stwierdzeniem, że ogarnia ją mała obsesja na punkcie śledztwa i dziwię się, że wybuchy emocjonalne nie zagwarantowały jej odsunięcia od sprawy. Pozostałe postacie słabo zaznaczają swoją obecność. Przyjazny partner, który również ucierpiał w wypadku, popełniający drobne gafy, przez które omija go awans. Szefowa, którą jako jedyną ominęło miejsce zbrodni i którą podwładni traktują z delikatnym pobłażaniem, bo błądzi między ślepymi uliczkami. Na uwagę zasługuje jednie jedna z porwanych dziewczyn, która podejrzewana jest o współudział. O tej postaci wiemy najwięcej, choć nadal nie tak wiele, żebym czuła się usatysfakcjonowana. Erica zdecydowanie jest jednak najciekawszą, nieoczywistą bohaterką. Do samego końca nie wiadomo czy jest dobra, czy zła. Aczkolwiek jest drobna postać z szelmowskim, a czasem empatycznym uśmiechem pozostawia pole do popisu. Może niekoniecznie cała zasługa leży po stronie autora, ale jeżeli resztę dopiszemy sobie sami… można ją polubić.

‘’Jej oczy zdradzały przerażenie, ból i świadomość, że jest zbyt młoda, zbyt naiwna, zbyt ludzka, żeby mogła to wszystko znieść.’’

Nie tylko Ali nie trzyma się protokołu. Odniosłam wrażenie, że autorka naczytała się dużo kryminałów, ale niekoniecznie potrafi odtworzyć je ze swobodą i autentycznością pierwowzoru. Tak jakby wiedziała, czym charakteryzuje się poprawny, poczytny kryminał i po kolei odhaczała te punkty z większą lub mniejszą efektywnością. Przeszliśmy przez seryjnego mordercę, policjantkę angażującą się emocjonalnie w śledztwo, plejadę zaginionych kobiet, zemstę jednej z ofiar, niekompetentną szefową… Mamy tu wszystko, tyle, że niedociągnięte. Nie mogłam wyzbyć się wrażenia, że śledztwo było prowadzone po omacku, nikt nie wiedział co robić, z kim rozmawiać, kolejne pomysły okazywały się bezsensowne. Zachowanie policjantów wydawało mi się mało profesjonalne i nie ma miejscu. Luki pamięci lukami pamięci,  ale odnosiłam wrażenie, że nie tylko Ali, ale i reszta zdawała się mieć zatrważające braki w procedurach i wiedzy. Nikt nie grał pierwszych skrzypiec, nie mieliśmy tu starego wygi, tylko staruszków, którzy nigdy się nie opierzyli. Całość była zaledwie karykaturą śledztwa, widzianą w krzywym zwierciadle.

Zakończenie, które w wielu przypadkach przesądza o ogólnej ewaluacji książki, tutaj… po prostu było. Ani dobre, ani złe. Takie, jakiego się spodziewałam i jakiego pewnie spodziewalibyście się wy. Również w pewien sposób koślawe jak wcześniejsze wydarzenia i z odrobiną dowolności, jeżeli chodzi o interpretację, tak jak w przypadku bohaterów. Mi to odpowiada, ten niedosyt i miejsce na twórczość czytelnika. Aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób to kolejny minus, bo nie wszystkie wątki zostały tutaj rozwiązane.

Autor powinien zaprawić się w sztuce pisania kryminałów inaczej, niż czytając inne twory, bo sama znajomość obiektu i schemat może pozwala na poprawne odtworzenie, ale z pewnością nie na swobodę twórczą i oryginalność. Najpierw mocniej usystematyzowana wiedza, a dopiero potem biegłość.

Za egzemplarz dziękuję


środa, 13 marca 2019

Oczy uroczne, Marta Kisiel




Marta Kisiel niestrudzenie powtarza, że opowiadań pisać nie potrafi. Może nie. Może tak. Mi się jednak podobają i to jak! Jednym z ulubionych, nikogo tym pewnie nie zdziwię, jest Szaławiła. Jak nie kochać sepleniącego czorta i zdziczałej pani doktor? Gdy usłyszałam o,, Oczach urocznych'', uśmiechnęła mi się buzia. Równie szybko zrzedła, kiedy doczytałam, że to kolejna część serii po ,,Sile niższej’’ i ,,Dożywociu’’. Ale lament szybko się skończył, bo autorka…stworzyła kolejną część cyklu w całkowitej niezależności od poprzednich! No, może łączy je miejsce postawienia domu. Jeżeli nie zaczarowała was okładka, wcześniejsze książki pani Kisiel ani tytuł, to może zaczaruje was moja recenzja. A potem już nie wyrwiecie się z objęć ,,Oczu urocznych''!

,,Widzisz, to było tak, że jeszcze jakiś czas temu, tu, niedaleko, stał inny dom niż teraz. Z wieżyczką(…) Mieszkali w nim ludzie i nieludzie, w tym widmo związane właśnie  z tym cmentarzem I anioł. I chyba… coś z mackami…?’’

Oda Kręciszewska kupuje na allegro kawałek ziemi w samym środku lasu z twardym postanowieniem budowy domu. W odpowiednim oddaleniu od miasteczka, przejezdnych dróg i zasięgu w telefonie. Tak jak sobie wymarzyła. Miejsce, które uparła się uczynić własnym, okazuje się znowu wcale nie takie zwykłe. Zbudowane na zgliszczach spalonej Lichotki, jest może wolne od bytności ludzkiej, ale za to blisko mu do diabelskiej. I tak z piwnicy wyłazi czort i mości się w koszu na pranie.

Tę pokraczną, ale funkcjonalną rodzinkę zaczynają jednak frapować…pewne okoliczności i niecodzienne, nawet jak na nich, wydarzenia. Oda w pracy coraz częściej bierze nadgodziny od nadgodzin, bo coś w okolicy atakuje przypadkowych mieszkańców i zdejmowane szwy zdaja się nie kończyć, zaś pobliski cmentarz odsłania swe tajemnice. Jakby tego było mało, przyjaźń Ody z  Rochem zostaje wystawiona na poważną próbę, a Bazyl okres wzmożonych wypadków wśród okolicznych mieszkańców uznał za idealny na samotne, długie wycieczki do lasu. W końcu jest dorosłym czortem.

Na jaw wychodzą tajemnice sprzed wielu lat, przy których bledną obecne problemy. Nadciąga czas nieprzejednanej nocy…czas śmierci.

,,(…)Zwiastun nadciągającej śmierci. Gdziekolwiek postąpi, ludzie przypłacają to gardłem.’’

Od czego zacząć, ano na pewno od tego, że o tej historii trudno opowiedzieć, nawet jak bardzo chce  się ją polecić. Trzeba ją zwyczajnie przeczytać samemu, żeby poczuć tę magię, buzujące emocje i powalający na kolana humor. Rzadko kiedy śmieję się w głos przy czytaniu, a tutaj się to zdarzyło. Raz się człowiek wzrusza, a raz szczerzy jak wariat, to jest coś.

Polecam zacząć jednak od Szaławiły, można obejść się bez opowiadania, ale będzie trudno i całość nie będzie już tak uporządkowanie pokraczna. Jak przeczytacie Szaławiłę, pokochacie Odę. ,,Oczy uroczne'' tylko was w tym utwierdzą. Nie będziecie już narzekali na brak dobrze wykreowanych postaci żeńskich. Oda Kręciszewska nie należy do kobiet, które powalają jednym ciosem na ziemię, ale potrafi posługiwać się łopatą i twardo chodzi po ziemi w różowych glanach. Kawał drogi w tych glanach zlazła i uciekała, aż w końcu okrzepła. Bije od niej serdeczność pokryta grubą warstwą bezpardonowości. Z nieokiełznaną burzą loków na głowie, zielonymi oczami, znamieniem i brakiem talii jest bohaterką, którą pokochałam. Razem z sepleniącym czortem, którego miejsce jest jednak przy kominku i który upodobanie znajduje raczej w kucharzeniu niż nękaniu ludzi na wszelkie sposoby. Ten łakomy czort, z estetycznym koczkiem i wadą wymowy, cóż… rozbroi was od pierwszej chwili. Jest tak niepoprawnie uroczy, że poszłoby się za nim do piekła.

,,Przez chwilę wpatrywała się w tę nową, jak po cichu mawiały pielęgniarki o doktor Kręciszewskiej, odkąd się u nich zjawiła z tą swoja nieokiełznaną fryzurą, piegami i przekorą w zielonych, błyszczących oczach. Wpatrywała się w nie i wpatrywała, szukając w nich znajomej radości i czupurności, którą przez pierwsze dni mylnie brała za zarozumialstwo i bufonadę(…)Wszystko to zastąpiły teraz szok i złość.’’

Jak zwykle jest śmiesznie, wesołością niewymuszoną i absurdem sytuacyjnym. Za dużą część tego zamieszania odpowiedzialny jest rzekomy czort, publicznie i oficjalny przedstawiany jako koza. Bazyl na pewno stanie się sztandarową postacią Kisiel, podobnie jak Licho, najbardziej uroczy przedstawiciel anielskiego gatunku. Tutaj demony rozmawiają z ludźmi, ludzie z kozami, lekarze zajadają stres cukierkami i stresują się wizytami bardziej niż sami pacjenci. Postacie znowu są przejaskrawione, ich cechy charakterystyczne herondalnie uwypuklone i zamiast pójść w kierunku infantylizacji, autorka postawiła te postacie przed czytelnikiem obnażone i… bliskie. Pielęgniarka w przychodni, opiekun Bazyla, tutaj każdy jest kimś, a przede wszystkim jest jakiś. Tutaj nie ma przerysowanych głównych bohaterów i przeciętnego tłumu za nimi, tutaj są jednostki. Jeżeli komuś humor w ,,Nomen Omen’’ wydawał się zbyt prostacki, tutaj nie powinien już kręcić nosem. Znajdziecie tutaj mniej ,,typowych’’ wkrętów, a sporo niuansów, styl Kisiel nadal się rozwija i na ten moment ciężko pomylić go z czymś innym. Dajcie mi kawałek tekstu, a rozpoznam go.

Tylko złośliwi powiedzą, że kobiety nie powinny siadać do fantastyki. Że nie mamy dobrych pisarzy i polskich twórców nie ma co czytać, a tym bardziej przemycać fragmentów kultury polskiej. Tymczasem autorka śmiało zaczerpnęła z folkloru i mitologii słowiańskiej i w niczym nie ustępuje to mitologii greckiej, nordyckiej czy innemu wudu. W samym środku tego wszystkiego tkwi Bazyl, który szuka swojej tożsamości  w nowym miejscu i poniekąd przybliża nam rodzime demony. Przedstawiony panteon jest skromny, ale prezentuje się z taką pompą i robi wokół siebie tyle rozgardiaszu, że nie widzę potrzeby upychania tam kogoś jeszcze.

Jest w końcu wiła, wiła szaławiła i chmurny płanetnik. Relacja tych dwojga opiera się na niepisanych zasadach. Każde z nich jest niezależne, silne i idące własną stroną drogi. Ale co stanie się, kiedy spotkają się pośrodku? Oda dopiero od niedawna świadoma tego, kim tak naprawdę jest, nie pojmuje jeszcze w pełni ani swej mocy, ani natury. Szuka siebie podobnie jak jej mały przyjaciel. Wije się przy tym, skręca i frustruje, bo niełatwo jest pogodzić dziką, gwałtowną naturę wiły i logiczną, wykształconą stronę pani doktor. Ale być może ta dzikość i obycie spotkają się gdzieś po środku, jak płanetnik  z wiłą. Oj nie ma łatwo Oda z tym płanetnikiem, który dąsa się, ucieka i bardzo oszczędny  jest w słowach. Walka z zazdrosną chmurą burzową do łatwych nie należy.

A uczucia tylko przybierają na sile, bo zbliża się czas zimowego przesilenia. Najdłuższej nocy w roku, podczas której granica między światami się zaciera, a demony i dusze przodków mają dostęp do ludzkiego świata. Z namacalną i konkretną mocą. Niezależnie od tego, że  Oda nie wierzy w te gusła, to aura niepokoju i śmierci przed którą tak wzbraniał się Roch, która tylko skłębiła ciemne chmury nad jego głową, dopada i ją. Czasu jest coraz mniej, a napięcie popycha Odę do w stronę rzeczy, których nie rozumie. I zmienia ją.

‘’Tańczyły więc siostrzyce tanecznice, tańczyły ile sił w nogach, w sercach, w duszach, aż w końcu przyszło wyzwolenie. Iskra i wiatr, który rozbuchał płomienie. Oda zadarła głowę i roześmiała się w głos.’’

Obok humoru to książka  Kisiel z największym ładunkiem emocjonalnym jaką do tej pory przeczytałam. Dreszcz niepokoju nie wybrzmiewa w pełni, bo spłaszcza go warstwa humorystyczna, ale jednak jest obecny. Fabularnie to nie jest majstersztyk fantastyczny, ale z mitologią słowiańską mam styczność rzadko, bo póki co zepchnięto ją do niszy i na razie nie zapowiada się na wybicie, chociaż twórcy prężnie starają się ją podźwignąć, na tyle rzadko, że powiało czymś nowym. A jak autorka oprawiła to w swój prosty, przystępny dla każdego styl i zalała nas rozmiękczającym humorem, to w rezultacie majstersztyk na małą skalę uzyskała. Wśród absurdu i ogólnego rozbawienia znalazło się miejsce  na szukanie tożsamości, na rolę wiedzy we współczesnym świecie i na przestrzeni lat oraz na miejsce natury. Na przyjaźń w najlepszym wydaniu, choć nie wolną od konfliktów, na kapkę miłości i drobne zatargi. Te poważne tematy przemycone są w tak rozcieńczonej formie, że nie narzucają się czytelnikowi uderzeniem w potylicę, ale jednak delikatnie go łechcą.

,,O rany boskie, rany boskie, dlaczego ja w ogóle ciebie posłuchałem?! Dlaczego polazłem za tobą do ciemnego lasu?! Przecież… przecież ty jesteś KOZĄ!!!’’

Nie mogę się doczekać, żeby ruszyć dalej ścieżką, którą Marta Kisiel przetrze w polskiej literaturze fantasy. Punkt w którym jest teraz i w którym jestem ja, jako czytelnik jej książek, to cholernie ładny punkt widokowy, ale odnoszę wrażenie, że to nadal nie wierzchołek.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu