poniedziałek, 10 lutego 2020

Dziewczyny znikąd, czyli o kulturze nierozmowy


Trzy nastoletnie outsiderki albo alternatywki, jeżeli mamy być wierni mainstreem’owej nomenklaturze: Rosina, Grace i Erin, postanawiają zawalczyć o sprawiedliwość w sprawie gwałtu, o którym milczy lokalna społeczność, a właściwie przekłada punkt ciężaru odpowiedzialności na dziewczynę.

,,Erin musi co dwa tygodnie golić głowę(…) Skończywszy przygląda się swojemu odbiciu. Może nie musi żywić nienawiści do tego co widzi. Może nie musi obwiniać obrazu, który odbija się w lustrze, a wszystkie złe rzeczy, jakie się wydarzyły.’’

O Lucy nikt nie chce rozmawiać i przypominać głośno o sprawie gwałtu, który się miasteczkowym tabu. Gdyby nie ona i fakt, że Grace wprowadza się do domu, w którym wcześniej mieszkała Lucy, może trójki osobliwych dziewczyn nie połączyłaby przyjaźń. Niezależność inteligencji i indywidualizacja przekonań, i kuriozalność, która na początku pozwala im siadać w szkolnej stołówce tylko ze sobą- sprawia, że każdej z nich niewygodnie jest z wyciszeniem tej sprawy.
Grace jest nijaką, szukającą siebie nastolatką, której rodzice przeprowadzili się, kiedy matka została wykluczona ze społeczności baptystów, stając się zagorzałą liberałką. Od zawsze pozostaje w cieniu medialnej matki, jej kariery i znajomych, których jedynymi więzami okazuje się wiara. Rosina marzy o graniu punkowej muzyki i koleżance z zespołu cheeleaderskiego. Realia meksykańskich imigrantów zachowują jednak ojczyste obyczaje; Rosina wolne popołudnia spędza bawiąc kuzynostwo i pracując w rodzinnej knajpie. Erin ma aspergera. Grace staje się drugą osobą obok Rosiny, którą dziewczyna akceptuje i wpuszcza do swojego uporządkowanego, zwartego mocnymi szczypcami zasad świata ze Star Trekiem i biologią morską.

Lucy Moynihan została wykluczona ze społeczności po tym, jak oskarżyła o gwałt gwiazdy miejscowej drużyny. Zdanie nowo przybyłej dziewczyny okazało się nic nieznaczące w porównaniu do popularnych chłopaków, których każdy widział na boisku od małego. Lucy rezygnuje i wyprowadza się z miasteczka- o tym, ile ją to kosztowało i na czym opierała się ta rezygnacja, świadczy jedynie napis wydrapany w pokoju Lucy, a obecnie- pokoju Grace.

,,Zabij mnie.

I tak jestem martwa.’’

Spotkanie tej trójki, to spotkanie trzech młodych kobiet, które rozpaczliwie czegoś poszukują, chociaż zaspokojenie ich potrzeb leży w innych punktach. Poczucie posiadania miejsca, do którego się należy, wsparcie rodziców, akceptacja bycia innym w społeczeństwie, które określa i wywiera na nas presję bycia jakimś. Brak wstawiennictwa w sprawie Lucy, okazanie dziewczynie współczucia i podjęcie odpowiednich kroków, żeby wyjaśnić zdarzenie dotyka je w pewnym sensie osobiście. Bo dwie z nich znajdowały się w tamtym czasie obok, a nie zrobiły nic w jej kierunku., tak jak teraz nikt nie robił nic w kierunku ich.

,,Nasz strajk ma na celu zwrócenie uwagi tych z was, którzy uważają, że sami są w porządku, którzy nie gwałcą, ale dają przyzwolenie, którzy milczą, kiedy inni gwałcą.(…)Nawet jeśli nie gwałcicie, pozostajecie częścią kultury gwałtu, o ile nie staracie się czynnie jej zatrzymać.’’

Nie pada tu ocena: czemu to wszystko nie zdarzyło się wcześniej, wręcz przeciwnie. To co 
przydarzyło się Lucy, było, może nie kamyczkiem, ale kamieniem-głazem, który spowodował lawinę. Pojedyncze kamyki rzucane od dawna, rzeźbiły w trzech młodych kobietach oraz ich rówieśniczkach poczucie niezgody, głębokie poczucie niesprawiedliwości i braku akceptacji na sposób traktowania kobiet w Prescott High. Przyjaciółki rozsyłają anonimową wiadomość do wszystkich dziewczyn w szkole, stając się tym samym założycielkami Dziewczyn znikąd, informującą o spotkaniu grupy, która ma na celu rozmowę oraz zaplanowanie i podjęcie kroków w kierunku zmiany sytuacji kobiet; organizacja ma się przeciwstawiać kulturze gwałtu oraz seksizmowi obecnemu w szkole. Początkowo niezdarne spotkania przekształcają się w zorganizowany i ukierunkowany ruch, który stoi w opozycji do seksistowskiego, ordynarnego w wydźwięku bloga prowadzonego przez byłego ucznia, niezwykle popularnego wśród mężczyzn. Bloga, którego autor nie tyle, co radzi, jak zdobyć kobietę, ale jak ją zaliczyć. W słowach niezostawiających miejsca na wyobraźnię opisuje swoje kontakty seksualne z kobietami, które dla czytelniczek są jasne w wymowie. Gwałt.

,,Już wielu czytelników mnie o to pytało, wiec proszę bardzo- szczegółowy spis wszystkich moich dymanek, poczynając od ostatnich. Chciałbym podkreślić, że ta lista uwzględnia jedynie podboje całkowite(…) 11. Piętnastoletnia pierwszaczka, takie nic, upiłem ją tak, że nie była w stanie powiedzieć nie. Trochę bałaganu , poza tym głównie leżała jak kłoda, ale zawsze jakaś okazja, żeby się spuścić.’’

Nieśmiałe protesty i drobne uwagi przekształcają się w manifest. Dziewczyny odmawiają chłopakom ze szkoły cielesnego kontaktu do momentu, kiedy ci nie zaczną odnosić się do nich z szacunkiem i słuchać ich. Początkowy zamęt w odczuciach, który zapanował przy stoliku trzech licealistek rozprzestrzenia się na całą szkołę, a wkrótce ogarnia też miasteczko.

Ten tytuł ma potencjał na stanie się tytułem przełomowym, jeżeli mu na to pozwolimy. Bo wykreował wielopłaszczyznową i płynną narrację o byciu-stawaniu się kobietą. Nie tylko o kulturze gwałtu, jak sugeruje okładka. Przede wszystkim o kulturze wstydu, w momencie kiedy powinniśmy mówić o kulturze rozmowy, do której wciąż nam daleko. Nie chcę powiedzieć, że gwałt ginie  w tej książce, bo jest to niewłaściwie i nieprawdziwe, ale dzieje się na równi, a nawet o krok za pewnymi rzeczami. Toczy się o bycie, jaka się chce, a nie bycie taką, jaką być się powinno. Jaką widzą kobietę media, rodzina, przyjaciela i mężczyźni; to moment, w którym kobiety mówią jakie są i czego chcą. I jak w obliczu tego powinny być traktowane. W odniesieniu do swoich wyborów, seksualności, kobiecości, bycia.

,,I myślę, że może gdyby rodzice rozmawiali ze mną o seksie, może gdyby ktoś mi powiedział, że to jest coś, co powinnam wybrać, coś, czego powinnam chcieć, może wszystko byłoby inaczej? Bo wiecie, ja tak naprawdę nawet nie wiedziałam, że mogę powiedzieć ,,nie’’. Myślałam, że jeśli facet ma na mnie ochotę, to znaczy, że decyzja została już podjęta.(…) Po prostu wiem, że jeżeli kiedykolwiek będę miała córkę, zamierzam nauczyć ją, że seks powinien sprawiać jej przyjemność. To powinno być oczywiste, prawda? Ale tak bardzo nie jest.’’

Seksualność nie jest czymś, z czym bohaterki walczą- walczą z jej odbiciem, a nie istnieniem. Nie negują jej. Jedne przyznają wprost, że seks lubią i sprawia im on przyjemność. Inne chciały mieć to już za sobą, bo czuły presję, ale okazało się, że za każdym razem pojawia się pewien dyskomfort. Niektóre są przerażone pierwszym zbliżeniem i kontaktem intymnym. Wnoszą na forum tematy, które ciążyły im od dawna, takie jak to, że nie pasuje im fakt, iż chłopcy dzielą się na forum szczegółami z ich życia intymnego albo to, że ktoś określa kobietę lubiącą seks jako puszczalską, a faceta już nie.

To nauka słowa nie. Nie znaczy nie. Niezależnie od okoliczności i poprzednich słów, które padły. Kobieta ma prawo odmówić, wycofać uprzednią zgodę albo się rozmyślić. Ma prawo się upić, zdarza się, że do nieprzytomności i nie można wykorzystać tego do nadinterpretacji: w podobnych okolicznościach nie jest w stanie powiedzieć ‘’nie’’. I to też jest naruszenie granic. Gwałt. ,,Nie’’ nie musi być powtarzane, wykrzyczane ani egzekwowane. Z różnych powodów. Nie znaczy nie. Gwałciciel nie wyskakuje z krzaków, zza rogu(choć i tak może się zdarzyć), to nie jest barczysty łysol w kominiarce. Często to ten miły chłopak z sąsiedztwa, którego wszyscy pamiętają jako pilnego, dobrze rokującego, może nawet cichego. Przymykają oko na weekendowe imprezy albo o nich nie wiedzą, a to na nich często dochodzi do znamiennych w skutkach wydarzeń. Gwałt często dzieje się tuż za drzwiami. Nierzadko ofiara i sprawca się znają.
To wielokrotne pogrubienie tego, że ,,nie'' nie musi być wykrzyczane, żeby zostało zaakcentowane. 

,,W jego wyglądzie nie ma niczego, co mówiłoby ‘’gwałciciel’’.’’

Zmiany dokonują się przewrotem na forum- w coraz mniej przyjaznej atmosferze i rosnącej świadomości tego co muszę, mogę i chcę, ale i po cichu, wewnątrz każdej z dziewcząt. To nie jest równa walka- Dziewczyny znikąd dopiero tworzą i spisują swój manifest i wiele razy jeszcze go przetrą. Wiedzą jednak, że pewne rzeczy im nie odpowiadają i że ich głos się liczy. Że powinien być wysłuchany.

To w końcu przekrój przez świat problemów u progu dorosłości bliżej i dalej stojących od seksualności. To chłopak, który wypycha sobie stanik. To otyła nastolatka, która czuje się gorsza przez swoje ciało. To dziewczyna, która określa siebie jako konserwatystkę, a całą tę akcję jako niepotrzebny zamęt. To dziewczyna, która sądzi, że nie zasługuje na nic lepszego. To dziewczyna, która chce pocałować dziewczynę. Dziewczyna, która nie chce pasować.

,,Dziewczyna zapisała się do drużyny cheerleaderek, ponieważ kocha taniec i futbol. Nie wiedziała, że większość dziewcząt zapisuje się do drużyny z innych powodów. Nie zastanawiała się nad tym kwestia kostiumów ani nad tym, że w piątki będzie musiała nosić kostium w szkole, nie zastanawiała się nad tym, że występy nie dotyczą tylko meczów, że częścią jej pracy stanie się obsesja na punkcie cellulitu na udach , którego nie jest w stanie usunąć żaden peeling, ani że cała szkoła będzie miała prawo oceniać jej tyłek na zbliżeniach.’’

To książka o kobietach, ale nie tylko dla kobiet. To rozmowa o respektowaniu nawzajem swoich granic, egzekwowaniu praw i sankcjonowaniu w przypadku ich łamania. Wyjście naprzeciw oczekiwaniom, presji społecznej i ukształtowanym standardom. Kiedy kształt kobiecości nie ma standardu. Kobiecość to granie w punkowej kapeli, to bycie komentatorem sportowym albo łysą fanką Star Treka. To potrzeba bliskości, akceptacji, samorealizacji i czerpanie przyjemności z seksualności. Kobiecość nie ma jednego kształtu. Ma za to głos- wielogłos.

Mówią do czytelnika dziewczyny, z którymi nie rozmawiano, których próby zbywano milczeniem albo lekceważeniem.  Nie wiem czy ta książka stanie się manifestem. Ale na pewno stanie się głosem. Pytanie czy wielo. W niektórych przypadkach może wystarczyć w ramach nieodbytych rozmów, niedopowiedzeń i za ciasnych konwenansów.

Autorka nie ograniczyła się do kultury gwałtu. Wykreowała wspólny świat kobiet, który jest całością dopiero po opowiedzeniu indywidualnych historii. Choć łączy je płeć- niekiedy różni wszystko inne. Wykreowane postacie są silne. Zdarza im się upadać, błądzić, wybierać okrężną drogę. Tempo jest nierówne, ale ten niezborny ruch jest podwaliną dla milowych zmian. W tym wzrastaniu zostaje zwrócona uwaga na to, jaką podporą są rodzice. Wzrastanie charakteryzuje się tym, że łodyżka jest nieco chybotliwa, a rodzic może stać się podpórką- ma ku temu środki.

Musi tylko się przełamać, zaangażować i rozmawiać. Tak samo jak pomimo różnic i odmiennych wartości kobiety powinny ze sobą rozmawiać i okazywać sobie wsparcie. Bo razem mogą wiele, zarówno dla swojej sprawy jak i dla siebie nawzajem. Czasem sama świadomość wysłuchania okazuje się kojąca, a siostrzana wież niezastąpiona. Zwłaszcza ta ostatnia jest konstruktem rewolucyjnym.



Dziewczyny Znikąd, Amy Reed,
Tłumaczenie Anna Dzierzgowska,
Wydawnitwo Poradnia K

środa, 29 stycznia 2020

Jestem wariat- PO PROSTU Finch




Na pewno znacie te słynne początki wielkich powieści ,,Na pustej oświetlonej drodze’’, ,,Zostało mu trzynaście dni życia’’ czy ,,W ciszy poranka’’. Młodzieżówki mają mniej- o ile w ogóle tych cytowanych, cyzelowanych do ostatniej poprawki pierwszych zdań. Mają za to rozpoznawalne początki. Przeprowadzka do nowego miejsca, utrata bliskiej osoby, poczucie odrzucenia i niezrozumienia, wyzuty sumienia. Jak przeczyta się odpowiednio dużo, to człowiek wkłada te początki do odpowiednich przegródek, gdzie figurują między innymi, tracą autonomiczność.

Z tej składowni zapomnianych początków wyciągnęłam Wszystkie jasne miejsca. Kiedy człowiek próbuje coś opowiedzieć o tym tytule, zaczyna od czegoś podobnego: ,,Dwójka nastolatków spotkała się na gzymsie szkolnego budynku. Obydwoje chcieli popełnić samobójstwo. W tym samym czasie i miejscu. Jedno uratowało drugie.’’ Wyobrażam sobie, że informację o tym, że działo się w to w szkole można pominąć. To dosyć nieistotne( Jak wiele rzeczy, które dotyczą tej placówki). Kojarzycie drugą taką książkę? Ja nie. I ten brak powiązania wcale nie jest niewygodny.

Theodore Finch jest wariatem. W tym, że znalazł się na dachu, nikt nie widzi niczego wyróżniającego się. W tym, że ratuje go prymuska Violet- też nie. W końcu od śmierci jej siostry w wypadku samochodowym minął już rok. Dziewczyna na pewno nie chciała się zabić, chłopak to inna sprawa, jest niestabilny. Jak dobrze, że go zauważyła i mu pomogła. Dziewczyna z dobrego domu. Popularna. Bohaterka. Samobójca. Wariat. Ofiara.

Te cztery słowa chowają się za wydarzeniami z powieści i wodzą każdego. Czytelnik dostrzega coś innego, co innego widzą bohaterowie- obserwatorzy, co innego aktorzy- Finch i  Violet. Potrwa, zanim interpretacje i perspektywy się przenikną- do spotkania w jednym punkcie nie dojdzie.
Po przypadkowo wspólnej schedzie na dachu Violet i Finch zaczynają razem pracować nad projektem z geografii. Kieruje nimi(oprócz punktów na zaliczenie) ,,odkrycie’’ cudów Indiany- miejsc maleńkich , dziwacznych, na pierwszy rzut oka rozczarowująco zwyczajnych i nieco brzydkich, niekiedy pięknych. Dla tej dwójki każde z tych miejsc staje się wyjątkowe, bo zadanie zaczyna być traktowane osobowo, marginalizując zewnętrzność szkolnego projektu.

,,To takie wyczerpujące, ciągle udawać zrównoważonego. Postępuję z taką ostrożnością, jakbym próbował przejść przez pole minowe z żołnierzami wroga zebranymi po obu jego stronach.’’

Finch w końcu może puścić swoją głowę i nie kontrolować jej bez przerwy. Przy Violet czuje się swobodnie. Paradoksalnie chłopak okazuje bystrym rozmówcą i ciekawą osobą, a nie wariatem, na co była przygotowana Violet osadzona w korytarzowych plotkach. Jego umysł jest zaskakujący i Violet zapomina przy nim o odliczaniu dni, a zaczyna przeżywać. Rusza się w końcu sprzed roku, gdzie utknęła w śmierci siostry i przypomina sobie, jak to jest: wykonywać szkolne projekty, rozmawiać z ludźmi, jeździć samochodem. Odczuwać radość z rzeczy niewywołujących jej u innych. Uczy się żyć od chłopaka, który pragnie umrzeć.

‘’Uśmiecha się do paskudnych drzew, szpetnych pól i brzydkich dzieci, zupełnie jakby widział krainę Oz. Jakby naprawdę dostrzegał tkwiące tu piękno. W tej chwili żałuję, że nie mogę patrzeć jego oczami, żałuję, że nie ma okularów, które mógłby mi pożyczyć. ‘’

To uczucie się rodzi. Finch przeciąga w nie Violet po kawałku, aż staje mocno na obu stopach obok niego. Pozwala nam wejść bardziej w postrzeganie Fincha, który docenia otaczający go świat i potrafi nim oczarować dziewczynę wycofaną z życia społecznego i pozbawioną chęci- do wszystkiego. Odsłania przed nią świat słów, które zawsze wirują obok niego, a on łapie ich skrawki, żeby mu nie uciekły i nie przepadły jak wiele innych rzeczy. Violet przypomina sobie, że też kochała słowa, ale nie jest pewna czy nadal potrafi je układać. Spróbuj. To proste. Trzeba łapać pojedyncze słowa z tej słownej zawieruchy i przyklejać je w miejscu. A potem ze słów tworzyć zdania. Akapity. Pojedyncze słowo ma tyle znaczeń.

Świat Fincha w ogóle ma wiele znaczeń i esencjonalne jest wyrażenie ,,świat Fincha’’, bo to świat który znacznie różni się od mojego albo twojego. To świat w świecie. A właściwie trafniejsze jest określenie nadświat. W którym niebieska woda hipnotyzuje i jest bardziej niebieska, kiedy po nałożeniu farby kolor nadal przebija i trzeba położyć kolejną warstwę. I kolejną. I kolejną. To świat nieistotnych- znaczących miejsc i tułaczych słów, które obijają się po głowie chłopaka. Świat jesiennych kwiatów w zimie.

‘’Obiecałem sobie, że ten rok będzie inny. Jeśli uda mi się pilnować wszystkiego, w tym też samego siebie, powinienem zostać na jawie, tu i teraz, a nie nieobecny, pogrążony w jakimś półśnie.’’

Dla niego nie ma dni, godzin, miesięcy. Jest okres snu i okres przebudzenia, którego chwyta się zachłannie i ogląda trwożnie. Liczy- ile jeszcze, bo przecież tak długo, do tej pory, jeszcze nie trwało. Ściga się sam ze sobą, z bezczasem snu, który owiewa marazmem, obiecuje wyciszenie tak dogłębne, że prowadzące w nicość. Na razie świat jest dla niego za wolny. Może przebierać w fakturze, barwie i znaczeniu. Układa z nich jak z wycinanki.

Tak właśnie się czuję, gdy zapadam w Sen. Wszystko po prostu…zamiera. Czasem pojawiają się znaki ostrzegawcze. Dźwięki, rzecz jasna, a także ból głowy, ale nauczyłem się także dostrzegać zmiany w otoczeniu, to, jak je widzę, jak czuję.

Pojekt z geografii wprowadza motyw drogi. Nie tylko po miejscach istniejących na mapie. Te są tutaj najmniej istotne, chociaż odczytane przez Fincha i Violet stają się nowe- obce. Paradoksalnie bliższe niż były. To podróż Violet, w której samochód podstawia się pod wypadkiem jej siostry i obnaża panoramę. Wchodzenie z powrotem w pęd życia, w  tunel ruchu, gdzie Finch jest przewodnikiem, bo jego przebudzeniu znajoma jest ta hiperaktywność, gdzie spojrzenia przez okno to stop klatki. Dla Fincha podróż to sinusoida kraks i prowadzenia. Odbywają się tu trzy podróże, chociaż auto jest jedno. Podróż Violet i Fincha; przenikania się świata i bezświata. Podróż Violet, dekonstruktywistyczna, żeby po wysiadce dało się coś zbudować. I podróż Fincha, który w końcu na zakręcie spotyka się sam ze sobą i jest to moment, któremu wymykał się przez prawie osiemnaście lat.

Widzimy świat oczami Violet i oczami Fincha. Świat utraceń, który operuje różnymi walutami. Gdzie planety ustawiły się w jednej linii, nie miało to nic wspólnego z pobłażliwą łaskawością, poziomując na moment planety Fincha i Violet.

Czy można było temu zapobiec? Przydeptać tę sinusoidę w jednym z pagórków i to zatrzymać? Defetyzm bije nam dzwoneczkiem nad głową. Bo ile można walczyć; w końcu się upada. I nie chodzi o to, żeby zarzucić autorce katastroficzne interpretacje. Bo oddała nam- czytelnikom przysługę i  nie zostawiła tego, na co odpowiedzi byliśmy głodni. Czy człowiekowi można pomóc? I czy ta pomoc okazuje się prawidłowych zachowaniem pomocowym? Autorka nie podsuwa nam odpowiedzi(O ile przyjemniej i prościej jest obracać się w świecie pytań dychotomiczny. taknie.) Musimy wygenerować ją sami. (Opierając się na relatywizmie ,,to zależy’’ – najlepiej jeżeli nie od nas.) Pokazuje nam jednak jak dalece idące zmiany może wywołać kilka słów, przebrzmiałych w żargonie psychologicznym. Jak te kilka słów może w momencie zdekomponować człowieka, jak go unicestwiają i zostają już tylko same słowa. A nie ma człowieka.

Czy ten człowiek by był, gdyby powiedziało się w innych słowach, zachowało się ostrożniej, zasięgnęło opinii innych niż troska, dobra wola i uczucia? Przyjąłby pomoc a nie odebrał ją jako próbę degradacji jego osoby, ze słowami skierowanymi do niego a nie do słów, które stały się nim? Czy za każdym razem można inaczej, więcej i lepiej; czy te wielowymiarowe komponenty stają się miejscami zanadto rozstrzelone, żeby człowiek zdążył wypracować nową reakcję? I kto odważy się wziąć odpowiedzialność za jego pewność właściwości?

Jennifer Niven prowadzi nas za rękę przed sklepową półkę i pokazuje nam etykietki na produktach. Widzisz? To jest tym, a to tym. Tak jest napisane. Ludzie są jak te puszki i kartony- są tym a tamtym, bo tak zostało powiedziane. Zostali zaetykietowani. Ludzie interpretują ich przez ten pryzmat; bo tak stoi. Potem wszystko przepuszczają przez ten wzór i dopasowują do niego. Nie obracają, nie główkują, tylko biorą najprostsze, znane kształty, które pasują. Zamykają się na informacje, tracą giętkość opinii i elastyczność sądów. Stereotypizują. Człowiek przestaje być człowiekiem. Staje się etykietą(zaburzeniem).

,,Jedno wiem o chorobie(…): to łata, którą się przykleja ludziom. Szaleńcom. Wiem, bo w pierwszej klasie chodziłem na wukłady z psychologii, a poza tym, oglądałem filmy i przez niemal osiemnaście lat przyglądałem się własnemu ojcu w akcji., chociaż jemu akurat nikt żadnej łaty nie mógł przyczepić, bo od razu by zabił człowieka. Etykiety(…) krzyczą: To właśnie dlatego jesteś taki. To właśnie tym jesteś. Sprowadzają ludzi do choroby.’’

Wariactwo było częścią Fincha. Finch wariat. Furiat. Pomylony. To była definicja, przymiot Theodora Fincha. A nie zaburzenia.

Pani Niven prowadzi nas przez meandry oceny, straty i winy. F inch do tej pory nie uzyskał pomocy, choć wedle wszelkich kryteriów i wskaźników potrzebował jej. Nie otrzymał dostatecznego zainteresowania- skrzętnie go unikał. Bo był Finchem wariatem, a nie Finchem-który-potrzebuje-wsparcia. Pojawiał się i znikał, ale zawsze był jedynym pasażerem swojej podróży. Ruszał z piskiem opon(wariat). Zbierał się długo i ostentacyjnie w takim sensie, że znaki podróży nie należały do niego, wsadzały go do samochodu i tyle. Czy znaki pełniły rolę trójkąt ostrzegawczego, podróże znaczyły nieobecnością a chroma samodzielność była prosząca w spojrzeniu? W tej odpowiedzi też jesteśmy sami ze sobą, ze ulubionym ,,tozależy’’, które generuje natrętne ,, a co jeśli’’, ale pozbawione jest ciężaru odpowiedzialności za ,,taknie’’.

Nikt nie przychodzi zapytać, co ja, u diabła, robię, chociaż wiem, ze mama, Decca oraz Kate, o ile jest w domu, na pewno słyszą szuranie. Zastanawiam się, co by się musiało stać, żeby któraś z nich tu przyszła. Wybuch bomby? Eksplozja nuklearna? Próbuję przypomnieć sobie, kiedy mnie ostatnio odwiedzały. Wychodzi na to, że cztery lata temu, kiedy miałem ostrą grypę. Nawet wtedy to Kate się mną opiekowała.

Echo decyzji wybrzmiało mocniej, kiedy dowiedziałam się, że autorka sama doświadczyła samobójstwa bliskiej osoby. Otworzyła się przed nią przepaść: ,,a co by było gdyby…?’’  Za to, że tej rozpadliny nie da się przeskoczyć, ale da się przejść, bardzo autorce jestem wdzięczna. Za zalegalizowanie żalu, wyrzutów sumienia i pomocy mniej lub bardziej udolnych.

Może w równoległym świecie.

W równoległym świecie znajdzie się ta inna pomoc; ona też będzie miała swoje ,, a co jeśli’’. Pomoce udolne i mniej, bardziej i za dużo. Mamy swoje wieloświaty pomocy, ale na ten moment stoimy w jednym z nich i mamy jedną pomoc.



Wszystkie jasne miejsca, Jennifer Niven,
Wydanictwo Bukowy Las

niedziela, 12 stycznia 2020

Drzewo życzeń, Katherine Applegate




Wśród serii i autorów, które wyryły się szczególnie głęboko we mnie, mam też pojedyncze tytuły. Autonomiczne twory, krople w morzu literackich znaczeń, które systematycznie drążą skałę i kruszą ją po kawałku. Najczęściej są to książki dla dzieci albo baśnie, do których mam szczególną słabość. Tytuły, które bez wahania poleciłabym wam przed tą poważną literaturą na duże ,,P’’.

Niektórzy piszą, że na podobne klimaty czują się za starzy albo, że z tego wyrośli. Zdaje mi się, że ich rozumiem, ale mam ochotę pociągnąć ich w kucki i poprosić, żeby przypomnieli sobie, jak to jest patrzeć oczami z wysokości dziecka. Oczami dziecka. Czytając, nie przestawiam się. Nie porzucam wystudiowanej pozy dorosłego i interpretacji, której mnie nauczono i sposobu komunikacji, który gasi z sykiem potencjalnie przykre sytuacje społeczne. Wśród szarości interpretacyjnych dorosłego nie zgubiłam całej czerni i bieli. Nie przestawiam się z perspektywy dorosłego na głęboko ukryte wewnętrzne dziecko. Nie wydaje mi się, żeby moje było gdziekolwiek ukryte, ale jeżeli wasze owszem, to poszukajcie go, z wysoka albo ukucnijcie.

Możemy rozważać to z perspektywy dorosłego i przyjąć, że jesteśmy za starzy i że takie numery już nas nie ruszają. Możemy wrócić o perspektywy dziecka i przypomnieć sobie, jak to było i co nas wtedy przyciągało i co dla nas znaczyło. Możemy przeanalizować treść pod względem merytorycznym i wycenić wartość pedagogiczną. Spróbujmy jednak na moment porzucić te podziały i przeczytać dla samego czytania, a sama reszta się wyklaruje i każdy skategoryzuje elementy wedle uznania z wysoka albo niska.

Trudno się rozmawia z drzewami. Pogawędki to nie nasza specjalność.

Mówi stary Dąb, który ma już ponad dwie setki lat.  Dąb ma na imię Dąb i może byłoby to dziwne, gdyby nie to, że bycie dębem go definiuje i określa. W świecie drzew taki dobór imion jest naturalny i każdy wie, o co chodzi. Dąb ma wiele funkcji i pomimo tego, że jak sam zaznacza, nie potrafi żartować, to jest świetny  w opowiadaniu historii. I lubi mówić. Dąb jest obserwatorem. Stoi i obserwuje. Wyciąga wnioski. Podporą – dla zwierząt, które moszczą się pośród jego gałęzi, w pniu i pod korzeniami. Dąb jest dobrym kompanem i siedliskiem.

Zapewnianie innym bezpieczeństwa to dobry sposób na życie.

Wśród gałęzi Dębu każdy znajdzie dla siebie miejsce- gospodarz troszczy się o wszystkich. Epatuje spokojem i cierpliwością. Bo drzewa potrafią słuchać. Ale Dąb daje od siebie coś więcej niż przestrzeń do życia, choć ta jest nieoceniona dla wielu zwierząt. Oprócz bezpieczeństwa wynikającego z ciepłej nory, Dąb daje przestrzeń i kreacje nadziei. Bo Dąb jest drzewem życzeń.

Co roku pierwszego maja przychodzą ludzie z całego miasta i ozdabiają mnie skrawkami papieru, przywieszkami , kawałkami tkanin, sznurkami od czasu do czasu nawet skarpetkami . Każda taka ozdoba to czyjeś marzenie, pragnienie, tęsknota. Owinięte wokół gałęzi , przywiązane albo zarzucone- wszystkie są wyrazem nadzień na zmianę na lepsze.

Chciałabym deskolotkę.

Proszę o pokój na świecie.

Żebym nie chodziła ciągle głodna.

Mam marzenie, żeby mój myszoskoczek umiał mówić.

Proszę żeby tata wyzdrowiał.

Dąb stoi na terenie dwóch działek mieszkalnych, ale zbiera pragnienia z serc całego miasteczka. Dobrze, że jest duży, cierpliwy i pomocny. Ludzie starają się wiązać tasiemki luźno, jakby wiedzieli, że jest to niewygodne dla jego gałęzi. Ludzie z okolicy, na którą zapuszczają się korzenie Dębu, ogólnie są ludźmi dobrymi.

Różne języki, różne kuchnie, różne obyczaje. Taka właśnie jest nasza okolica: trochę bałaganiarska, różnorodna, barwna. Jak najpiękniejszy ogród.

I najpiękniejszy ogród zakłada, że każdy znajdzie dla siebie wolny kawałek ziemi i będzie wesoło rosnąć wśród sąsiadów. Każdy inny, a jednak będą razem tworzyć bajecznie kolorowy i pachnący bukiet. Zawsze tak było- to znaczy odkąd Dąb pamięta, ale to przecież znacznie dłużej, niż sięgamy pamięcią my.
Moje możliwości są ograniczone.
Ale okazało się, że moja cierpliwość także.

Dąb wiele widział. Był uważnym i skrupulatnym obserwatorem i skrybą pamięciowym. Ale ludzie… ludzie nadal go zaskakiwali! Bo na jego ulicy ostatnio źle się działo. Do tej pory różnorodność i ćwierkanie w różnych językach były przyjmowane z radością jak nowe gatunki ptaków. Ale odkąd wprowadziła się Samar i jej rodzina coś się zmieniło. Coś uległo uszkodzeniu. Może chodziło o to, że język jej rodziny brzmiał jeszcze bardziej obco od innych języków. Może o to, że matka Samar nosiła na głowie chustę. A może o czarne włosy dziewczynki. Ale nawet sąsiedzi z niebieskiego domu przestali zwracać się do sąsiadów z zielonego domu, mimo tego, że gałęzie Dębu dawały cień obu rodzinom. Dąb nie rozumiał czym różni się ta rodzina od poprzednich, ale wiedział, że tak nie powinno być.

Tak samo jak wiedział, że słowo, tatuaż, które ktoś wyrył w korze jest niewłaściwe. Nie dlatego, że samo wydrapywanie było dla niego szczególnie bolesne albo że był teraz bardziej podatny na szkodniki. Chodziło o to, że to SŁOWO. Sprawiało ludziom przykrość. Było złe dla Samar i jej rodziny.

WYNOCHA.

Dąb postanowił złamać najważniejszą z drzewnych zasad. Odezwać się do ludzi. Bo polubił tę grzeczną dziewczynkę z jej cichym spokojem i łagodnością. Która nocami przesiadywała oparta o jego pień, a robiła to tak nienatarczywie, że swoją cierpliwością przekonała do siebie jego lokatorów, którzy coraz śmielej sobie z nią poczyniali.

Samar stała się mimowolnie jednym z nich, bo Dąb roztaczał kopułę bezpieczeństwa nad swoimi lokatorami. I przyjaciółmi. Niezmordowanie użyczał gałęzi na życzenia innych. Ale kiedy Samar dodaje jedną z wstążek od siebie, Dąb postanawia zrobić coś więcej niż tylko poznanie pragnienia małego serca. Bo Dąb dbał o swoich przyjaciół. Inna rzecz, że przyprawiał im zmartwień, bo nie dbał przy tym o siebie.

Jesteśmy na początku stycznia. Drzewo życzeń było moją drugą książką w tym roku. I jestem pewna, że jedną z tych, które nie dadzą spokoju mojej głowie. Znam swój gust i z całą pewnością mogę to powiedzieć  na początku stycznia. Katherine Applegate poruszyła temat nietolerancji w sposób wyczerpujący i przeglądowy dla małego czytelnika. Bo i różnorodność lokatorów Dębu jest wielka – od sów po oposy. Zwierzęta potrafią się między sobą dogadać. I stanąć w obronie przyjaciół, chociaż należą do innych gatunków. Innych królestw. Innych światów można by powiedzieć, a jednak w tym jednym konkretnym świecie każdy daje coś od siebie i dzięki temu świat się kręci. Mamy też różnorodność wśród ludzi. Do tej pory wymieniali się językami, potrawami i kulturą- tylko  w ostatnim czasie coś się popsuło. Tak czasem jest, chociaż niezbędne są różne części, żeby maszyna chodziła, to potrzebny jest dobry mechanik, żeby umieścić ostatnią śrubkę na właściwym miejscu, bo przedtem należy jeszcze poprzesuwać i wyregulować pozostałe. Dąb jest trochę takim mechanikiem, który reperuje, chociaż kaleczy sobie przy tym dłonie. I jak dobry mechanik nie zwraca na to uwagi.
Powstaje pytanie, do kogo ta książka ma trafić? Może i zadziała na dzieci, ale czy na dorosłych? Czy poruszy głęboko zapuszczone korzeni nietolerancji, strach przed innością, odrzucenie? Pielęgnowane i utrwalane?  To pytanie dotyczy każdego tekstu. Z literatury dziecięcej i literatury pięknej, literatury faktu. Niektóre tytuły są jako kolorowe liście. Niekiedy tylko jeden człowiek schyli się po taki liść, urzeczony jego wyglądem; kolorystyką, ożyłkowaniem i kruchą fakturą. I pokaże go innym. Tak rodzi się tolerancja.

Ten tytuł nie tylko podsuwa dzieciom świat roślin i zwierząt, który przybliża Dab; zastosowanie drewna, od stołów po patyczki lekarskie do gardła, cykl zmiany liści czy budowę i rozmnażanie drzew. Chociaż nie mogło być lepszego narratora niż wiekowe drzewo. Bo któż z nas nigdy nie skrył się pod drzewem przed deszczem, nie wspinał się po powykręcanych pniach, nie huśtał na grubych gałęziach, nie wyrył czegoś w korze albo nie skradł pocałunku? Dobór drzewnego narratora jest celnym zabiegiem, nie wiem na ile jego wybór. Bo dąb to siła i poczucie bezpieczeństwa, a także podpora w trudnych sytuacjach. Dęby są niewzruszone.

A jednak ten wzrusza. Bo jest pomocny, przyjacielski, cierpliwy i mądry. I chociaż brak mu poczucia humoru, to nie brak mu przyjaciół. Bo Dąb roztacza atmosferę akceptacji i bezpieczeństwa dla inności, bo jest dla każdego. Bo ponad obserwatorem, Dąb jest przyjacielem.

Drzewa nie umieją opowiadać dowcipów moi drodzy, to na pewno.
Ale umieją opowiadać historie.

Ta historia jest jednym z tych kolorowych liści, o których wspominałam. Od was zależy czy go podniesiecie i co z nim zrobicie. Ale podnoszenie jesiennych liści i przyglądanie się im to dobry nawyk. Jest w tym coś magicznego. Albo jak obszarpiemy to wszystko co napisałam, to będzie w tym sama dydaktyka. Ale lepiej zostawić ją kolorową niż sterylnie schludną.