piątek, 13 września 2019

Syreny z Tytana, Kurt Vonnegut





O Vonnegucie pisze się tyle i wypowiada w taki sposób, iż odnoszę wrażenie, że do niego należy w ogóle oddzielny rozdział w literaturze. Został mi przedstawiony jako mistrz, cynik i niedościgniony koń czarnego humoru. Naturalnie słyszałam o Rzeźni numer V, bo jakżeby inaczej, ale zaczęłam od innego tytułu. Syren z Tytana, które uchodzą poniekąd za wierzchołek jego literackiej korony. To książka, w której Vonnegut śmiało bierze w dłonie pytanie: czy człowiek jest panem swojego losu, czy dana mu jest wolność i możliwość wyboru? I nie tylko nim obraca, przekręca i wywija. On odpowiada.

Prosperujący i zapowiadający się lepiej niż dobrze przedsiębiorca Winston Niles Rumfoord po wyruszeniu razem z psem Kazakiem w międzygalaktyczną podróż napotyka, można powiedzieć, pewnego rodzaju komplikacje. Mówiąc bardzo oględnie, przemienia się w czystą energię i materializuje się tylko wtedy, gdy zetknie się z Ziemią lub inną planetą. Na Tytanie spotyka Salo- rozbitka z Tralfamadorii, który od kilkuset tysięcy lat czeka na zapasową część do swojego statku. Razem tworzą na Marsie państwo; planetę zasiedlają porwani Ziemianie, wśród których znajduje się również Malachi Constant, najbogatszy człowiek w Ameryce i Beatrycze, była żona Rumfoorda.

,,Kiedy wszystkie rządy na Ziemi z uwagi na infundybułę chronosynklastyczną zawiesiły ekspedycje kosmiczne, a Rumfoord oświadczył, że wyprawia się na Marsa – To było działania w wielkim stylu.
Kiedt Rumfoord obwieścił, że zabiera z sobą skończenie przeraźliwe psisko, tak jakby statek kosmiczny niczym się nie różnił od wykwintnej wyścigówki, a podróż na Marsa – od jazdy autostradą w Connecticut – to było działanie w wielkim stylu.
Kiedy nikt na Ziemi nie wiedział, co stanie się ze statkiem kosmicznym, który wejdzie w infundybułę chronosynklastyczną, a Rumfoord ustawił kurs w sam środek infundybuły – był to ze strony Rumfoorda iście pański gest.’’

Zacznę od tego, że przeczytałam tę książkę już dosyć dawno. I odłożyłam ją. Próbowałam usiąść do pisania kilka razy i przeczytałam dużo innych książek, żeby tylko tego nie robić. Bo Vonneguta niełatwo się czyta. I niełatwo się o nim pisze. Przeczytałam to i zmartwiałam, bo nie miałam nic do powiedzenia. A przecież o Vonnegucie tyle się mówi i to innym tonem i w innym znaczeniu niż o takim Zmierzchu czy 365 dniach. A ja nie miałam nic oprócz długiego i zawiłego wyłożenie treści.  Dopóki podczas mycia zębów, wstawiania wody na herbatę czy podczas wyjścia do sklepu nie łapałam się na tym, że myślę o Syrenach z Tytana. Rozumiecie; myślałam o nim w momencie, kiedy absolutnie się tego nie spodziewałam i ze zdziwieniem się na tym przyłapywałam.  Stwierdziłam, że to dobry czas, żeby wrócić do mycia zębów bez żadnych głębszych refleksji. Trzeba było jednak usiąść do pisania.

Kultowa książka mistrza w kostiumie powieści science fiction; czytamy z tyłu. Ten kostium właśnie mi nie leżał. Uciskał mnie i obcierał, a w innych miejscach zwisał bezkształtnie. Warstwa science fiction nie jest dopracowana na tyle, żeby zrobiła na obytym w temacie czytelniku wrażenie; bo też nie o to się tu rozchodzi. Chodzi jednak o to, że jak dostaje się słynny deser, to oczekuje się nawet nienagannej kokardy na pudełku i rogów bez zagięcia, mimo tego, że opakowanie za dwie minuty wyląduje w koszu. Ma być i już, a tutaj te rogi są jednak zagięte. Między zawartością a pudełkiem jest zbyt dużo wolnej przestrzeni. Jeżeli mam być szczera; nie przywiązałam szczególnej wagi do motywu podróżny międzygalaktycznych. Opisy planet uważam za zgrabnie skrojone, ale co najwyżej wystarczające; rozbudowane, ot, bo trzeba było opisać miejsca, gdzie bohaterowie zostali rzuceni. Podobały mi się detale, ale było ich zbyt niewiele, żeby wystawić z nich coś ikonicznego. Ale jak już mówiliśmy, nie o science fiction się tu rozchodzi. Jak ktoś będzie miał ochotę na opis, który złamie mu język, zamgli umysł, odsłoni oczy i wystrzeli go razem z fotelem w stronę gwiazd to siądzie sobie nad Lemem, Simmonsen czy kogo tam woli.

 Sens Vonneguta zamyka się w postaciach. W komentarzu. I głośnym niedopowiedzeniu. To międzyplanetarna podróż eskapisty, która nie przyniosła skutku. A raczej przyniosła ich zbyt wiele; kiedy rozwiązanie miało być klarowne i nie generować ich zanadto. Winston Niles Rumfoord jest osią tej książki. Lalkarzem; który pociąga za sznurki, chociaż zjawi się na Ziemi ledwo na godzinę co pięćdziesiąt dziewięć dni.

,,Wszystko, co kiedykolwiek było, będzie zawsze, a wszystko co kiedykolwiek będzie, zawsze było.’’

Może nie powinnam mówić o osi, kiedy gra toczy się o wolny wybór; czy w ogóle istnieje. Ale przyjmijmy takie określenie podług naszych chwilowych potrzeb. Rumfoord przypadkowo otrzymuje coś, co implikuje nieprzypadkowo wykorzystane możliwości. Wiedza o tym co było i co będzie. Dotycząca całego gatunku ludzkiego, ale i pojedynczych jednostek, w tym jego najbliższych. Zdaje się, że taka odpowiedzialność opadła pierzem na szerokie ramiona Rumfoorda; odmawia wszelakich audiencji i publicznych wystąpień, wiedząc, że podanie nawet urywków tego, co czeka ludzi, okazuje się dla nich destrukcyjną wiedzą. Dlatego strzeże jej dobrotliwie i odnosi się do ludzi z ojcowskim pobłażaniem. Wie za dużo, tego co było i będzie, żeby odnosić się nich inaczej. Na początku wydaje się monumentalny. Mija dłuższa chwila zanim poznajemy Rumfoorda wizjonera, idealistę. Budowniczego nowego systemu. Porządku. Religii. Manipulatora.

Czy człowiek jest w stanie utrzymać gardę godności, kiedy okazuje się, że jego życie to tylko dyktando; on tylko zapisuje dyktowane zdania. I wykonuje je. Chociaż wydaje mu się, że litery wychodzą spod jego ręki. Rumfoord zdawał się całkowicie pogodzony z wiedzą, którą posiadał, a jednak zapragnął manipulować informacjami, które powoływały do życia czyny w postaci mar. Rumfoord był człowiekiem trochę bardziej albo mniej uprzywilejowanym przez życie; dlatego podjął się walki. Tylko czy podjął się jej właśnie za sprawą tej wiedzy czy dała mu ona tylko złudne wrażenie sprawczości? Czy świadomość losu wpływa jakoś na tory po których toczy się sytuacja? Czy wiedza tylko głębiej usadza nas w bezsilności? Ty pytania wybrzmiały i ich echo niesie się zrezygnowanym echem w mojej głowie. Ale ludzie nie rezygnują.

To co mnie ujęło w Vonnegucie, to sposób w jaki wypowiada się o społeczeństwie. Jakby stałość jego przywar była najlepszym tematem do towarzyskich żartów. Żartów ostrych jak rąbek kartki w odpowiednich palcach. Człowiek nawet nie zauważy, kiedy zaczyna krwawić.  Vonnegut wykrwawia społeczeństwo; strumyki cynizmu wiją się, a krople czarnego humoru rozbryzgują się na wszystkie strony. Pod miałką warstwą fabularną kipi bulgocząca inteligencja człowieka, którego przy pierwszym spotkaniu nazwalibyśmy pewnie satyrykiem. Vonnegut dużo widzi, dużo zauważa. I nie boi się komentarza na tematy szerokie. I niewygodne. Na politykę. Na religię. Na uprzywilejowanie jednostki. I na te sztandarowe. O tym czy w ogóle mamy wybór.

,,(…) Twoja kieszeń zawiera punkt kulminacyjny całej ziemskiej historii. Twoja kieszeń zawiera owo tajemnicze coś, co każdy z Ziemian tak desperacko, z takim oddaniem, wnikliwością i poświęceniem starał się wydobyć na światło dzienne.’’

Nie żałuję, że siadłam i odpowiadałam razem z Vonnegutem. Zdaję sobie jednak sprawę, że ci, którzy wolą podążać za fabułą, a nie ostrą strzałą pytań, mogą poczuć się odrobinę rozczarowani. Bo na ten moment nie jestem przekonana, czy Vonneguta czyta się dla fabuły.

Ale oddałabym kilka kubków najlepszej kawy, żeby Vonnegut I Pratchett zasiedli przy jednym stole.





Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu





wtorek, 27 sierpnia 2019

Będzie bolało, Adam Kay




Zapiekły mnie oczy. Poczułam ciepło na twarzy. Uroniłam łzę, a może kilka. Zaskakujące jest to, że na ten płacz mi się nie zbierało. Emocje nie wrzały, nie przelewały się i chyba zdziwiłam się, kiedy jednak przeciekły. Myślę, że z autorem było podobnie- on też nie spodziewał się, że to skończy się tak, jak się skończyło. Mówiąc to, mam na myśli jego karierę medyczną, ale żeby znaleźć się w tym punkcie, kiedy obydwoje doczekaliśmy się rzeczy niespodziewanych, musimy się cofnąć. Bo na horyzoncie majaczyły punkciki i tak naprawdę, każde z nas je widziało, ale specjalnie gapiliśmy się w słońce.

,Będzie bolało’’ to dziennik. Ale nie byle jaki dziennik, tylko kajet młodego adepta medycyny gotowego na pięcie się po schodach kariery; niosącego kaganek bezinteresownej pomocy. Wróćmy. W rzeczywistości to pewnie zeszyt z sieciówki za kilka złotych, ale my mamy go w naszych rękach w formie książki. Sześć lat po odejściu autora z zawodu.

Co skłoniło tego pełnego ideałów mężczyznę, wypuszczonego ze studenckich objęć do porzucenia tej trudnej, ale wydawałoby się satysfakcjonującej ścieżki? Stetoskop na szyi i lekarski kitel to była przecież głośno rycząca duma i robiła ,,kogoś’’ z człowieka.

Zaczyna się od cynizmu, okraszone jest ironią i dozą humoru, zakwalifikowanego pewnie przez niektórych jako czarny. Nie można się nie roześmiać, bo chociaż rozbita głowa to poważna sprawa, to jednak ojciec, który z nudów skacze na piłce do ćwiczeń w oczekiwaniu na potomka i upadłszy, rozcina potylicę- to gwarancja co najmniej parsknięcia śmiechem. Dużo tutaj takich parsknięć- autor zdecydował się na specjalizację ginekologiczną i podobne anegdotki wytrząsa z rękawa szerokim strumieniem; podobnym do tego, którym spływa krew wyrzęta ze spodni. Jeżeli do tej pory sądziliście, że nie śmieszą was żarty o wyciąganiu przedmiotów z różnych otworów ciała(,tutaj tych poniżej pasa), to zaczną.

,,Później wpadam na pomysł, w jaki sposób mógłbym podszlifować swoje umiejętności w zakresie drobnej motoryki, które niewątpliwie przydadzą mi się przy kolejnym zakładaniu szwu okrężnego.  Wysyłam do mojej mamy SMS-a z pytaniem, czy w jej domu na dnie jakiejś szuflady nie leży przypadkiem gra planszowa ,,Operacja’’. Mama odpisuje, że udało jej się odnaleźć grę. Dodaje, że znalazła też magiczną kulę numer 8 – na wypadek gdybym potrzebował jej przy stawianiu diagnoz.’’

To jest pierwsza warstwa- gdyby na niej się skończyło, byłoby zwyczajnie wesoło, momentami niesmacznie, ale z dystansem. Być może jest to znamienne dla medycyny albo większości zawodów, które są obciążające dla wykonawców i roszczeniowe ze strony społeczeństwa, być może dla wszystkich poważnych rzeczy w ogóle, ale na pierwszej warstwie się nie skończyło. Bo wkradł się i smutek, a właściwie stąpał od dłuższego czasu na paluszkach, ale najpierw mocował się cynizmem. Ironicznymi uwagami odpierał absurdy pacjentów, bo jak to powiedział, można być albo dobrotliwym lekarzem, który z uśmiechem klepie wszystkich po ramieniu i jest ,,dobrym duchem’’ oddziału, albo zdystansowanym profesjonalistą, który przekazuje minimum informacji i skondensowany sens, który gwarantuje zrozumienie, a komunikat jest na tyle bezbarwny, że uwalnia go od rozmów z pacjentkami, z których każda kolejna odbierałaby pięć minut z jego dnia. Te pięć minut okazuje się dosyć istotne, kiedy człowiek ma okazję przespać się dwie godziny(Pięć minut na każdą z pacjentek!). Postawa zdystansowanego specjalisty nie wynikała z wrodzonego ponuractwa autora; jak sam przyznaje próbował być miły i wytrzymał… dwa dni. Po czym obydwie zainteresowane strony wysunęły konkluzję, że to nie ma większego sensu.

Kiedy wydobywa się z portfela zapomniane bilety do teatru z zaplanowanej randki, na którą po raz kolejny nie starczyło czasu i (kolejny) rachunek za kwiaty w ramach przeprosin, to można się już tylko uśmiechnąć i pomyśleć o tym, że pani kwiaciarka też się pewnie uśmiecha. I że kwiaty są tańszą opcją. Albo kiedy próbuje się zaparkować, co okazuje się tak samo trudne dla pracowników szpitala jak pacjentów, a nawet bardziej stresogenne; pojazd lekarza czasem stoi na parkingu przez całą dobę, a każda godzina jest płatna. Dodatkowo kiedy zależy ci na miejscu, na tym, żeby szybko dotrzeć do pracy i w miarę możliwości, do domu i chciałbyś stać w dogodnym miejscu. Co udaje się dzięki ciastkom przynoszonym pracownikom recepcji i przyjaznym uśmiechom, które wypisują ci złoty bilet opatrzony uwagą oddziału położniczego. Parkingowy okazuje się jednak alchemikiem; złoto zmienia w ołów uwagą o najdłuższym porodzie. Historyczny poród zasługuje na mandat, koleś.

Na trzecim poziomie cynizm murszeje i obłazi, kawałek po kawałku. Humor faluje i marszy się. Zbieramy te obdartusy, te płatki trzymania się i bez zdziwienia układamy je na dłoni. Śmiał się autor, śmialiśmy się my, ale te fragmenty łuszczyły się od początku i obłażenie postępowało. Taka lekarska przypadłość; lekarze się łuszczą. Trzecia warstwa to rusztowanie szpitala; godziny pracy, stosunek do pracowników, mozolny system drogi zawodowej. To miejsce wszystkich odwołanych i przełożonych na nigdy miejsce randek z H. Partnerowi Adama albo ogromnie na nim zależało i rozumiał jego aspiracje oraz tryb lekarskiego życia, albo był po prostu jednym z tych ludzi, których ciężar cierpliwości trudno udźwignąć.  To miejsce przysypiania w drodze i spania w samochodzie, kiedy z nocnej zmiany szło się od razu na wieczorną. To miejsce obrażonych znajomych; za nieobecności na spotkaniach, ślubach i chrzcinach. Czasem też pogrzebach. W jeden wolny dzień próbowało się wcisnąć całe życie i na chrzciny córki przyjaciela nie starczało już miejsca. To podpisanie dokumentu, który zaznacza, że wschodzących lekarzy nie obowiązuje tygodniowa norma przepracowanych godzin.

,,Wszyscy młodzi lekarze zostali poproszeni o podpisanie klauzuli wyłączającej nas spod obowiązywania europejskiej dyrektywy w sprawie czasu pracy, ponieważ umowy, które zawarliśmy ze szpitalem, nie spełniają wymagań, o jakich mowa we wzmiankowanym akcie prawnym W ty tygodniu spędziłem z H. mniej niż dwie godziny, za to pracowałem przez dziewięćdziesiąt siedem godzin. Powiedzieć, że moja umowa ,, nie spełnia wymagań’’ dyrektywy, to nic nie powiedzieć. Moja umowa wywlekła tę dyrektywę z łóżka w środku nocy, zaciągnęła ją – wrzeszczącą w niebogłosy – do łazienki i zaczęła podtapiać w umywalce.’’

Młody lekarz pracuje; pracuje, bo musi, bo tak mu każą i nie zawsze zapłacą za nadgodziny. Pracuje, bo nie chce zostawić swoich pacjentek. Ma nawet od nich kolekcje kartek świątecznych i życzeń. Obok pozwów i zeszytu z cytowanymi skargami. To żmudna droga zawodowa, która obejmuje kolejne etapy doświadczenia; transferów między szpitalami i staży w odpowiedniej liczbie placówek. Nikogo nie obchodzi, że stary szpital dzieli od nowego 60 kilometrów, a twoje mieszkanie nie przemieszcza się na skorupie wielkiego żółwia. To równie dobrze mogło być 160 kilometrów. Akademicka kanciasta wiedza nie pasuje do jarzeniówek szpitala. Ucz się, powtórz odpowiednią ilość razy i naucz innych. Byle sprawnie.

Można te warstwy obierać, dowolnie je tasować i przekładać. Kłaść je na języku po kolei albo wepchnąć na raz do buzi. Nawet najgłębsze powołanie potrzebuje wsparcia, wyraźny cel aprobaty, a pasja pożywki w docenieniu. Ludzi takich jak Adam Kay powinno się wspierać, a nie deptać ich aspiracje żałośnie niską pensją, a nadzieję brakiem wyciągniętej ręki. Nic dziwnego, że wśród lekarzy odbywają się strajki. Dziwię się, że przedstawiciele służby zdrowia nie plują przypadkowym przedstawicielom wyższego szczebla zaczynającego się na literę P na buty.  

Szokująca, zabawna- bezpretensjonalnie obnaża system brytyjskiej opieki zdrowotnej. W pewnym momencie jednak jest za dużo prawdy w tej żywej kronice, a prawda jest czasem ciężkostrawna. Za dużo dla autora i czytelnika. Bo pomaganie innym też boli. Tylko, że nikt nie wziął w ręce bólu pomagającego.

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Labirynt Fauna, Guillermo del Toro, Cornelia Funke


Zacznę od tego, że nie oglądałam filmu, bo na pewno ma to duże znaczenie w kontekście kształtu tej recenzji i mojej opinii. Nie będzie to porównanie pierwowzoru- filmu i książki. Skupię się całkowicie na tytule, który dla mnie jest pierwszym kontaktem z Guillermo del Toro oraz Cornelią Funke. Labirynt Fauna traktuję jako dzieło autonomiczne, bo prawdopodobnie nie obejrzę filmu. Nie powiem wam więc, jak ma się jedno do drugiego- wtedy moje oczekiwanie zostałyby przekształcone, a opinia uległaby modyfikacji. Bierzcie więc poprawkę na to, że zapoznałam się wyłącznie z książką, a słowo film pada wyłącznie tytułem wyjaśnienia, że oglądać nie zamierzam, choć prym pierwszeństwa leży po stronie filmu.

"Dawno, dawno temu, kiedy las był młody,
stanowił dom dla stworzeń, 
pełnych magii i cudów"


Wchodzimy w rok 1944; w czasy hiszpańskiej dyktatury. W czasy niespokojne i burzliwe, ale przede wszystkim niepewne. Do kapitana Vidala stacjonującego w starym młynie dołącza Ofelia wraz z matką. Kobieta upatruje w nim swojego wybawiciela- mężczyznę z pozycją, który zapewni jej oraz córce bezpieczeństwo i opiekę w tym niestabilnym okresie i któremu w niedługim czasie powije wyczekiwanego potomka. Ofelia zdaje się jednak zauważać to, czego nie widzi kobieta. Nie jest pewna czy kapitan, którego nazywa wilkiem, jest odpowiednim mężczyzną dla jej matki. Tropiący partyzantów w lesie niczym zwierzynę momentami zdaje się mieć w sobie więcej z bestii niż człowieka. Ofelia próbuje przełożyć sobie zastaną sytuację na logikę świata baśni. Dodatkowo jej uwagę przykuwa sprawa tajemniczego labiryntu w lesie. Świat baśni jest bliżej niż kiedykolwiek.

Wojna w tle czy baśń z tyłu? Pojawiają się głosy, że baśniowe wydarzenia są wprowadzone jako nadgorliwe wypełnienie, które tłumi dramat wojenny. Że baśń i wojna nijak do siebie pasują i psują siebie nawzajem. Doprawdy, nie wiem w którym miejscu. Musimy pamiętać, że część historii poznajemy z perspektywy dziecka, które jeszcze przed przybyciem na prowincję było głęboko zanurzone w baśniach, a obecność labiryntu, bliskość lasu oraz nieprzyjazny ojczym tylko pchają ją dodatkowo w ich stronę, tak, że dziewczynka się w nich zatraca. Z mojej perspektywy baśń i wojna ścisło się splatają. Obie mroczne, drapieżne i niepokojące; wróżki nie sypią gwiezdnym pyłem na tle wystrzałów.

Nie wiem jak wygląda to od strony filmowej, ale tutaj warstwa baśniowa dominuje. Sporo uwagi skupia się na Vidalu, partyzantach oraz Mercedes- służącej, która im pomaga, aczkolwiek odnoszę wrażenie, że wszystko to przesiąkło specyficzną atmosferą. Dodatkowo wprowadzone rozdziały- historie mniej lub bardziej luźno powiązane z baśniowym wątkiem, które są autonomicznymi, krótkimi przerywnikami nie pozwalają opaść magicznej aurze. I tak Vidal staje się jeszcze bardziej wilkiem, Mercedes rośnie jako kochająca siostra i odważna młoda kobieta, a matka Ofelii jest ofiarą pułapki kapitana i przykładem pragmatyczności, a sama Ofelia… Eksploruje świat, który istnieje obok rzeczywistego i rządzi się własnymi dramatami. Sprawa zaginionej księżniczki okazuje się nie mniej wymagająca brawury niż wojny toczone przez otaczających ją dorosłych. Labirynt w lesie pochłania dużą część jej uwagi i pozwala na chwilę oderwać się od tego, co dzieje się w domu.

Kreacja owego labiryntu, podziemnego królestwa i świata magicznego jest podstawą tej książki. Odnoszę wrażenie, że pomimo pewnej prostoty, którą operuje narracja, w nozdrza wpycha się zapach mokrej ziemi i butwiejących liści. To ten hipnotyzujący rodzaj magii, który zostawia na człowieku drobne szczypiące ślady, bo chociaż piękna, to tym rodzajem, który podszyty jest pierwotną brutalnością.

,,Zło rzadko nabiera kształtu. Często na początku jest niewiele wyrazistsze od szeptu. Jest spojrzeniem. Zdradą. Ale potem rośnie i się zakorzenia, nadal niewidoczne, niezauważone. Tylko baśnie nadają mu właściwy kształt. Wielkie złe wilki, okrutni królowie i diabły…’’

Z tym, że ta baśń sięga głębiej i manipuluje kształtem. Nie wszystko co jest dobre jest wygładzone i okrągłe, a wszystko co złe kanciaste i krzywe. Tutaj wróżki mogą mieć groteskowo powykrzywiane sylwetki i patykowate odnóża, żeby za moment przepoczwarzyć się w humanoidalne istotki. Próby jakie musi przejść Ofelia są wymagające i niebezpieczne oraz… zawierają pierwiastek niepowodzenia. W klasycznej baśni wszystko kończy się happy endem, spacerem drogą oświeconą zachodem słońca i złączonymi dłońmi. Tutaj są ofiary i to nie tylko wojenne, ale też ofiary, które są żniwem bajkowego zachłannego świata, który szeroko rozdziawia gębę.

,,O czym on mówi? Słowa fauna przestraszyły Ofelię bardziej niż otaczająca noc, bardziej niż to miejsce leżące tak daleko od łóżka ogrzanego ciałem matki. Chociaż czasem jej pragniemy, prawdziwa magia jest przerażająca.’’

Podczas gdy Ofelia coraz wygodniej mości się w zachłannych ramionach baśni i tylko czasem podryguje niespokojnie, dorośli przeżywają swoją własną historię. Matka dziewczynki zdaje się nie zauważać, że kapitan nie jest człowiekiem zdolnym do uczucia. Syn którego nosi w łonie i nagląca potrzeba stateczności i pewności pcha  ją w stronę człowieka, który z uczuciem patrzy jedynie na własne odbicie i to odpowiednio wykrzywione. Vidal byłby klasycznym drapieżnikiem, gdyby nie to, że Funke próbowała umotywować punkt, w którym się znalazł. A mogła zostawić go w spokoju; pozwolić żeby obrastał coraz grubszą warstewką ciemności, obelżywości i czujnej agresji, i czekał na tę jedną iskrę, która rozpali płomień destrukcji. Zło bez żadnego powodu.

Aczkolwiek każdy z bohaterów czymś się kieruje. Za rękę prowadzą go jakieś idee, rojenia, nakazy moralne czy sytuacja kopie go w plecy ciężkim butem. Dużo tutaj miłości; miłości matczynej, miłości siostrzanej, miłości do historii, miłości do wielkich spraw, za które oddaje się życie. To w końcu baśń. Ci wszyscy ludzie: siostry, matki, mistrzowie w swoim zawodzie, dzieci, niosą swoją miłość do końca, niezależnie od tego, jaki to koniec. Może to i tkliwe. Może piękne.

I zakończenie. A właściwie dwa; bo każdy świat ma swoje. Jednak te dwa zakończenia stykają się koniuszkami przez taflę i mącą się nawzajem. Mają w sobie dozę goryczy, ale ta gorycz zaskakująco dobrze leży na języku. Po tym wszystkich dziwnie byłoby obracać w palcach słodkie cukierki i cieszyć się ich mdlącym smakiem.

,,To prawda, zwykle niewielu jest takich, którzy wiedzą, gdzie szukać i jak słuchać. Lecz w przypadku najlepszych opowieści ci nieliczni z pewnością wystarczą.’’



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu